„Może to nie jest perfekcja… ale to cholernie satysfakcjonujący miesiąc” – tak jednym zdaniem Victor Wembanyama skomentował, po meczu w Brooklynie, bilans jaki wypracowało jego San Antonio Spurs w lutym. To był miesiąc, który sprawił, że ludzie w NBA zaczęli traktować Spurs jak poważnego kandydata do tytułu. Jeśli ktoś wcześniej bagatelizował formę Spurs to sorry – po ostatnich jedenastu zwycięstwach z rzędu nie powinien już tego robić. W czwartek wieczorem w Barclays Center kibice obejrzeli jak Spurs – z impetem, stylem i luzem – rozbili Brooklyn Nets 126:110, dopisując 11. kolejne zwycięstwo i zamykając luty z rekordem 11–0 – pierwszym niepokonanym miesiącem od marca 2014 roku w dziejach klubu.

Ogień ofensywny
Trener Mitch Johnson nie mógł narzekać. Julian Champagnie urodzony w Nowym Jorku, absolwent Bishop Loughlin na Brooklynie wrócił w rodzinne strony i walnął 26 punktów – w tym 6/9 zza łuku.
Ale to nie był wieczór jednej gwiazdy. W raporcie punktowym pojawiło się aż siedem nazwisk z dwucyfrową zdobyczą – Stephon Castle (18), Devin Vassell (14), De’Aaron Fox (14), Keldon Johnson (13) i Dylan Harper (12). Nawet Wembanyama, mimo drugiej z rzędu „cichszej” nocy pod względem punktów (12), błyszczał w innych statystykach: 8 zbiórek, 5 asyst, 2 przechwyty i 2 bloki – wyglądając momentami jak murowany zdobywca DPOY.
Takie rozkłady sił przypominają, że to nie jest kolejny team, który od trzech tygodni ma szczęście. To zespół przez wielkie „Z” – tu praktycznie każdy jest w formie, każdy jest młody i każdy głodny sukcesu.
Dlaczego ten sezon Spurs jest inny?
Pogoń Spurs nie zaczęła się w lutym. To produkt sezonu, który narodził się z cierpliwości, pracy młodych talentów i filozofii zespołowej, którą Johnson konsekwentnie wdrażał. Od dawna nie słyszano w San Antonio tylu nazwisk pracujących jednocześnie – i robiących to skutecznie.
Spurs budowali formę powoli i konsekwentnie od spotkania z Thunder, przez wygraną w Phoenix, aż po triumf nad Sacramento i pewną wygraną z cholernie mocnym Detroit. Każdy mecz był trochę inny ale kończył się zawsze tak samo – wygraną Wembego i spółki. Przez lata organizacja z Teksasu kojarzyła się z kulturą spokoju, z legendami jak Duncan czy Parker – grą czystą, poukładaną, skupioną. Teraz ten duch wrócił, ale w nowej odsłonie.

11 wygranych to najdłuższa seria od sezonu 2015–16 – więcej niż jakakolwiek inna ekipa od tamtej pory. To także trzeci w historii organizacji niepokonany miesiąc – wcześniej udało się to tylko w marcu 2014, gdy odnieśli 16 zwycięstw z rzędu.
To nie tylko statystyka – to sygnał, że ta drużyna jest tu i teraz. Pisałem już zresztą o tym jakiś czas temu tutaj – https://sportedge.pl/spurs-przestali-eksperymentowac/
Jeszcze inna ciekawa statystyka zaczerpnięta z profilu na FB – San Antonio Spurs Poland – Okiem Kibica– otóż zawodnicy Spurs zanotowali minimum 5 bloków w 18 kolejnych meczach. To najdłużej trwająca seria w NBA.
To nie koniec historii – czy jesteśmy świadkami narodzin czegoś wielkiego?
Po 59 meczach regular season Spurs legitymują się bilansem 43–16 i są tylko 1,5 meczu za liderującymi Oklahoma City Thunder. Thunder okazali się rewelacją początku sezonu, ale Spurs… cóż, jak powiedział jeden z fanów na forum: „Spurs mają tylu graczy z 10+ punktami, że to jak mieć kilka drużyn w jednej” i po cichu, trochę poza radarem weszli na poziom contendera.
Ich najbliższy test? Już dzisiaj o 19:00 SAS zmierzą się z New York Knicks w Madison Square Garden — będzie to mecz, który być może jest zapowiedzią tegorocznego finału NBA. Dla nas Polaków ten mecz ma dodatkowy smaczek – Jeremy Sochan wystąpi po raz pierwszy przeciwko swoim byłym kolegom.

Dodaj komentarz