,

Cisza przed burzą: Trade deadline w NBA

Autor:

Już za chwileczkę, już za momencik, krajobraz w NBA może ulec dużej zmianie. Do trade deadline, czyli zamknięcia okienka transferowego, w najlepszej koszykarskiej lidze świata pozostał niecały tydzień, a dotychczasowe ruchy klubów były mocno powściągliwe. Jak na razie doczekaliśmy się tylko jednej wymiany, za to z gatunku tych większych. Bo kto by się spodziewał, że Atlanta Hawks oddadzą tak tanio swego (niegdyś franchise playera) Trae’a Younga? Rozgrywający przeniósł się do Washington Wizards, natomiast CJ McCollum oraz Corey Kispert trafili do Hawks. I to by było na tyle.

Tymczasem jeden z ligowych insiderów i ekspert od wymian z perspektywy finansowej, Bobby Marks, wyliczył, że dwa lata temu doszło do 27 trade’ów, a rok temu do 25. Marks postawił tezę, że wprowadzenie nowego CBA, obejmującego bardziej restrykcyjne zasady budowania składów, wcale nie wpływa drastycznie na rynek. Kluby nadal są skłonne do dokonywania zmian. Połowa sezonu regularnego jest już za nami, wchodzimy w jego kluczową fazę, a drużyny mają coraz lepsze rozeznanie w tym, czego im brakuje i gdzie powinny się wzmocnić. Trade deadline, przypadający na 5. lutego, to ostatni dzwonek, by takie ruchy wykonać, a brak transferów na tydzień przed może być tylko ciszą przed burzą.

Tematem numer jeden pozostaje przyszłość Giannisa Antetokounmpo. Ostatnie miesiące upłynęły pod znakiem niepewności wokół jego sytuacji w Milwaukee, jednak jak donosi Shams Charania, wszystko wskazuje na to, że Giannis i Bucks są gotowi pójść w swoją stronę. To właśnie Milwaukee rozdaje teraz karty przed zbliżającym się zamknięciem okienka. Według Briana Windhorsta inne kluby wstrzymały wcześniej dogadane wymiany, czekając na rozwój wydarzeń.

Połowa, jeśli nie więcej, drużyn NBA chciałaby mieć Greka w swoich szeregach, dlatego najbliższe dni mogą upłynąć pod znakiem ostrej licytacji. Bucks jednak wcale nie są pod ścianą. Mogą poczekać do lata z handlowaniem Antetokounmpo, bo wówczas rywale będą mieli odblokowane więcej wyborów w drafcie, a to najbardziej interesuje włodarzy Milwaukee.

Choć trade deadline zaczyna się od Giannisa, to na nim się nie kończy.

Najgorzej sytuowani na Zachodzie New Orleans Pelicans wysyłają sprzeczne sygnały lidze odnośnie do dostępności swoich zawodników. Początkowo całkowicie wykluczali możliwość handlu Treyem Murphym III, Herbem Jonesem i Zionem Williamsonem. Dziś śpiewają coś innego, a cena, czy to za Treya, czy Herba, jest astronomiczna, cztery pierwszorundowe picki na wzór tego, co Grizzlies dostali od Magic za Desmonda Bane’a. Ten pierwszy jest szczególnie rozchwytywanym zawodnikiem rosteru Pels. Daje dużo wszechstronności w ofensywie, nie pożera posiadań i w obronie potrafi swoje, a jego kontrakt (ok. 29 mln dolarów za sezon do 2028/29) to jedna z najlepszych umów w NBA względem produktywności.

Murphy notuje aktualnie 21,9 punktu, 47,9% z gry i prawie 37% za trzy. Łatwiej tak naprawdę wyliczyć graczy, z którymi Pels wiążą swoją przyszłość (Fears, Queen), niż tych, z którymi nie będą gotowi się rozstać za odpowiednią cenę. O Yvesa Missiego pytają Indiana Pacers, Toronto Raptors i New York Knicks. Jose Alvarado jest na celowniku Nowego Jorku. Herbem Jonesem jest zainteresowana ⅓ ligi, a i na usługi dobrze grającego Saddiqa Beya powinien znaleźć się chętny.

Pelicans nie wykluczają też, że będą chcieli popchnąć dalej kontrakt Jordana Poole’a, a i Dejounte Murray rzekomo wyraził zainteresowanie grą poza Nowym Orleanem. NOP wyrastają na zespół, który może okazać się zupełnie inną drużyną po 6. lutym, a ich celem przed zamknięciem okienka transferowego jest odzyskanie picku w tegorocznym drafcie.

Generalna wyprzedaż ma wreszcie nastąpić w Sacramento Kings, którzy szukają kupców na DeMara DeRozana, Domantasa Sabonisa, Zacha LaVine’a i ponad połowę swojego rosteru. Zespół ze stolicy Kalifornii celuje w młodzież i picki i jest wreszcie gotowy, żeby wcisnąć przycisk resetu. Dobrze, bo w takiej konfiguracji to nie miało prawa działać. Wartość graczy Kings jednak należy ocenić niżej niż zawodników Pelicans. Większość z nich to koszykarze, których ograniczenia znamy już na wylot. Nie ma tu więc, może poza Keonem Ellisem (którego Kings nie powinni się pozbywać), gracza, który miałby ewidentny upside i potencjał.

Memphis Grizzlies nie planują wielkich roszad, ale starają się znaleźć nowy klub dla Ja Moranta. Jego wartość szacuje się na paczkę podobną do tej, którą Hawks otrzymali za Younga, a kiepska dyspozycja Miśków w tym sezonie (18–27 i 12. miejsce w swojej konferencji) powinna popchnąć ich w stronę Grit&Grind, ale tankowania. Jaren Jackson Jr. ma wielu zwolenników na rynku, ale przypuszczalnie Grizzlies nie oddadzą go za cenę niższą niż to, co dostali za wspomnianego Bane’a.

Golden State Warriors stoją przed szalenie ważną decyzją wobec kontuzji Jimmy’ego Butlera. Zanim Butler doznał urazu, byli w gazie i wydawało się, że potrzebują tylko małych dokrętek i wymiany Jonathana Kumingi. Plotki mówią, że chcą oddać wszystkie swoje przyszłe picki, kontrakt Butlera, Kumingę i wypełniacze, żeby uderzyć po Giannisa Antetokounmpo.

Bycie zespołem dwóch prędkości nigdy nie wyszło na dobre Warriors, ale trzeba mieć na względzie, że wkrótce 38-letni Steph Curry jest u schyłku swojej kariery. Trudno przewidzieć, czy Warriors postawią wszystko na jedną kartę, czy bardziej zachowawczo podejdą do tego trade deadline, a wyścig zbrojeń zaplanują raczej na lato, oceniając też zdrowotny progres Jimmy’ego Butlera.

Z kontuzjami mierzą się także Dallas Mavericks. Kyrie Irving nadal nie ma wyznaczonej daty powrotu. Anthony Davis po konsultacjach nie przejdzie jednak operacji dłoni, ale od 8. stycznia pozostaje poza grą i dopiero za około 1,5 miesiąca zostanie ponownie przebadany przez lekarzy. Przyszłość AD w Mavs stoi pod znakiem zapytania, a jego wartość trudno oszacować, gdy kartę zdrowia czyta się jak książkę telefoniczną. Jeśli miałabym stawiać zaskórniaki z portfela, to oddaję te wszystkie grosze, że po powrocie do gry zobaczymy Davisa w koszulce innej niż Dallas. Mimo pokaźnej historii kontuzji jest wiele drużyn na rynku, które nadal wierzą w umiejętności AD po obu stronach parkietu.

Oklahoma City Thunder powinni na rynku sięgnąć po snajpera, ale bez szaleństw. Ktoś pokroju Sama Hausera, kto wejdzie na parkiet, sprzeda kilka ciosów zza łuku w 20 minutach spotkania i na tym polegać będzie jego rola. W tej chwili Thunder są 14. zespołem w NBA pod względem skuteczności z obwodu, a wielu zawodników rotacji Marka Daigneaulta zalicza regres w tym elemencie względem ubiegłych rozgrywek.

W tej chwili jednak nikt nie jest specjalnie łączony z Oklahomą, ale Sam Presti lubi działać w ciszy i ma zaufane grono, które nie sprzedaje informacji na lewo i prawo. W drugiej kolejności przydałby im się kreator, którego nie mają, gdy poza parkietem jest Shai Gilgeous-Alexander i świetnie rozwijający się Ajay Mitchell.

Z podobnym problemem prowadzenia gry mierzą się też Houston Rockets, którzy stracili Freda VanVleeta przed startem sezonu. O ile w ujęciu sezonu ich atak wygląda dobrze (4. miejsce w NBA), tak w końcówkach, gdy przychodzi co do czego, piłka stoi w miejscu.

Lakers tradycyjnie chcą wszystkich możliwych graczy, ale uważam, że nie należy spodziewać się wielkich wymian w wykonaniu Roba Pelinki. Dopiero lato przyniesie im największe zmiany, bowiem mają tylko trzech zawodników z gwarancją kontraktu, Lukę Doncicia, Jarreda Vanderbilta i Jake’a LaRavię.

Większych ruchów też nie spodziewam się po Clippers, którzy słabo zaczęli sezon, ale wreszcie wyglądają jak drużyna, a Kawhi Leonard, gdy jest dostępny, gra na poziomie TOP5 graczy w lidze.Mogą spróbować wymienić Johna Collinsa, ale znakiem zapytania pozostaje jego cena. Wiemy też na tym etapie, że kilka klubów pyta o Ivicę Zubaca, ale można przypuszczać, że LA nie będą skłonni puścić go dalej, nie mając żadnej głębi na pozycji centra.

Denver Nuggets, Minnesota Timberwolves, Phoenix Suns i Portland Trail Blazers to zespoły, które warto mieć na radarze pod względem małych zmian bez drastycznych ruchów. Tematem przewodnim dla kibiców z Polski jest na pewno to, co zrobią San Antonio Spurs z Jeremym Sochanem. Więcej o tej sytuacji pisał Michał w swoim tekście o Polaku, dokąd odsyłam. Utah Jazz natomiast stoją wciąż przed decyzją o transferze Lauriego Markkanena, który według różnych źródeł nie pasuje do osi czasu zespołu z Keyonte Georgem i resztą młodziutkich graczy z Salt Lake City. Markkanen to mocne nazwisko, ale Danny Ainge nie puści go za zaskórniaki.

Na Wschodzie panująca jedynka, Detroit Pistons, mogą chcieć rozmienić kontrakt Tobiasa Harrisa na mocniejszą czwórkę. Tłokom brakuje więcej siły na obwodzie. Grają bardzo fajną koszykówkę na fundamentach atakowania obręczy i obrony własnego kosza, ale w play-offach może nie być to wystarczające, kiedy rywale będą przygotowani na to, jak wyłączyć im rzuty spod kosza.

New York Knicks po ostatniej zadyszce wracają w końcu na dobre tory i nazwiskiem, które warto monitorować, jest Karl-Anthony Towns. Bigman z Wielkiego Jabłka jest kulą u nogi na własnej połowie i w zasadzie musi mieć obok centra, który będzie kontrolować defensywę, żeby Towns nie musiał być ostatnią linią obrony. Mitchell Robinson jest do tego idealny, ale nie w każdym matchupie to się sprawdzi. Źródła zagraniczne informują, że istnieje szansa, że KAT zmieni klub, a najbardziej prawdopodobnym kierunkiem są Milwaukee Bucks za Giannisa Antetokounmpo. Tylko jak to zrobić, gdy Knicks wystrzelali się z wyborów w drafcie, sięgając po Mikala Bridgesa z Brooklyn Nets?

Orlando Magic nie planują ruszać swojego trzonu, ale według insiderów mogą poszukać wzmocnień za swoich zadaniowców, takich jak Goga Bitadze, Jonathan Isaac, Tyus Jones czy Jett Howard. Grają poniżej oczekiwań. Są dopiero 29. zespołem w trójkach w NBA i potrzebują shootingu. Ich pole manewru jest małe, ponieważ wystrzelali się z czterech picków w drafcie, sięgając po Desmonda Bane’a, dlatego nie należy spodziewać się, że będą potężnym graczem na rynku. Mój hot take? Ruszyć Paolo Banchero, który może nieco odżyje w innej rzeczywistości. W tej chwili rozgrywa naprawdę słaby sezon, a Magic grają poniżej oczekiwań.

Jeśli możemy być czegoś pewni, to tego, że Brad Stevens wyczaruje coś z niczego i zrobi mały ruch, który okaże się wzmocnieniem. Boston Celtics potrzebują wzmocnić swój frontcourt, który w obecnym kształcie w play-offach będzie dla nich obciążeniem. Pytali o Zubaca i proponowali pick i Anferneego Simonsa, ale Clippers nie byli skłonni przystać na te warunki.

Toronto Raptors są natomiast łączeni z Anthonym Davisem i Domantasem Sabonisem, ale kontrakty obu tych zawodników będą wymagały pozbycia się głębi składu. Poza tym zasadnicze pytanie brzmi, czy warto pakować się w AD, który jest zaprzeczeniem okazu zdrowia, i w Sabonisa, który potrafi rozruszać atak jako ofensywny hub, ale nie broni.

Cleveland Cavaliers w niczym nie przypominają wersji siebie sprzed poprzedniego sezonu. Można to tłumaczyć kontuzjami na przestrzeni tych rozgrywek, ale nawet gdy widzieliśmy ich w komplecie, ich gra pozostawiała wiele do życzenia. De’Andre Hunter i Lonzo Ball to główni kandydaci do wymiany, ale może włodarze Cavs postawią na bardziej odważne ruchy i rozbiją trzon składu w postaci Donovana Mitchella, Dariusa Garlanda, Evana Mobleya i Jarretta Allena. Ten trzeci od wielu lat obiecuje progres po ofensywnej stronie boiska, a progres ten jest znikomy.

Ciekawym zespołem przed trade deadline są Philadelphia 76ers. Joel Embiid wygląda najlepiej od lat, a Tyrese Maxey i VJ Edgecombe to backcourt przyszłości. Sam Embiid w niedawnym wywiadzie wyraził nadzieję, że klub będzie w stanie pozyskać wzmocnienia, bo czuje, że jego Sixers mają realne szanse. Jeśli udałoby im się rozmienić Paula George’a na wsparcie frontcourtu, nawet jeśli będzie trzeba dopłacić, to przybliży ich do bycia kontenderem na Wschodzie.

Miami Heat chyba świata nie widzą poza Giannisem Antetokounmpo i nawet ustały już plotki o potencjalnym transferze Ja Moranta. Z informacji od insiderów wiemy, że są skłonni oddać Andrew Wigginsa, ale oczekują pierwszorundowego picku w zamian. Mnie ciekawi sytuacja Kel’ela Ware’a, który nie ma pełnego zaufania Erika Spoelstry, a na pewno Heat nie narzekaliby na brak zainteresowania nim.

Są jeszcze dwa zespoły z kartą stałego pobytu w play-inach, Atlanta Hawks i Chicago Bulls. Ci pierwsi już zrobili duży ruch, oddając do Wizards Trae’a Younga. Dalsze kroki mogą oznaczać transfer CJ McColluma i Kristapsa Porzingisa, ale na ten moment jedyną pewną rzeczą jest to, że Jalen Johnson pozostaje nietykalny i to w nim widzą przyszłość tego zespołu. Bulls z kolei podobno wreszcie gotowi są na kolejne roszady, a jedynymi nietykalnymi zawodnikami pozostają Josh Giddey i Matas Buzelis. Plotki mówią, że Coby White jest głównym kandydatem do wymiany z Wietrznego Miasta. Ktokolwiek szuka scorera i energizera do swojej drużyny, powinien patrzeć w jego stronę.

Wizards, Nets i Pacers to na tym etapie nie będą zespoły, które potrzebują dużych zmian. Każdy z nich ma swoje problemy, ale nie ma takiego realnego transferu, który mógłby zmienić ich położenie. W ostatnim czasie Charlotte Hornets grają niesamowicie i tylko oni z dolnej półki Wschodu chcą i mogą jeszcze myśleć o turnieju play-in.

I płynnie przechodzimy do Milwaukee Bucks, którzy otworzyli ten tekst o trade deadline. To ten klub dyktuje warunki i to na niego zwrócone są teraz wszystkie oczy. W najbliższych dniach powinno pojawić się coraz więcej informacji na temat ich starań w przehandlowaniu Giannisa do innej drużyny, a nam pozostaje tylko obserwować, co się wydarzy.

Pamiętajcie, że wielkie transfery lubią ciszę, co potwierdza choćby zeszłoroczna sensacyjna wymiana Luki Doncicia.

Jeśli chcesz poznać więcej treści od tego autora kliknij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *