Zaczęło się! NBA Playoffs baby!

Wczoraj wieczorem (18 kwietnia) oraz dzisiaj w nocy (19 kwietnia) zostały rozegrane pierwsze mecze w fazie Play-Off NBA. Były to cztery pojedynki – dwa odbyły się na wschodzie, dwa na zachodzie. Poniżej kilka zdań o wszystkich czterech meczach:

CLEVELAND CAVALIERS – TORONTO RAPTORS 126 – 113

Pierwszy mecz serii w Cleveland miał być dla Cavaliers czymś w rodzaju egzaminu z dojrzałości. W końcu w sezonie regularnym było 3:0 dla Toronto Raptors. Playoffy szybko jednak przypomniały, że to zupełnie inna gra. Cavaliers wygrali 126:113 i wysłali jasny sygnał: tu raczej nie będzie powtórki z sezonu.

Od początku było widać, kto jest gospodarzem tej imprezy. Donovan Mitchell wszedł w mecz jak gość, który dokładnie wie jaka jest jego rola – 32 punkty i pełna kontrola. Co ciekawe, to już dziewiąte z rzędu otwarcie serii, w którym przekracza granicę 30 punktów. W skrócie: jeśli ktoś jeszcze nie wierzy w „Playoff Mitchella”, to chyba ogląda inną ligę.

Ale to nie był one-man show. Nowy duet Cavaliers zaczyna wyglądać jak coś więcej niż eksperyment z trade machine. James Harden dorzucił 22 punkty i 10 asyst, a momentami wyglądał jak profesor rozdający oceny do indeksów – wszystko pod kontrolą, wszystko na czas. Współpraca z Mitchellem? Współpraca z wysokimi Cleveland? Proszę bardzo. Pan Harden to robi – Raptors natomiast przez większość meczu byli o krok za wolni, o pół sekundy spóźnieni.

No i jest jeszcze historia, którą playoffy kochają najbardziej. Max Strus – facet, który opuścił 67 meczów sezonu przez kontuzję, wchodzi z ławki i robi 24 punkty na skuteczności godnej trybu „rookie” w NBA 2K. 8/10 z gry, 4/6 za trzy i fragment meczu, w którym dosłownie odpalił run Cavaliers. Kiedy w drugiej kwarcie Raptors złapali kontakt (45:41), Cleveland odpowiedziało serią 27:9, a Strus był jej twarzą.

Toronto miało swoje momenty. RJ Barrett (24 punkty) i Scottie Barnes (21) próbowali utrzymać drużynę na powierzchni, a Jamal Shead zagrał naprawdę solidne spotkanie (17 punktów, 5 trójek). Problem w tym, że Raptors popełnili w tym meczu 18 strat, chaos w ataku i brak organizacji – brak Immanuela Quickley’a był aż nadto widoczny.

Najgorszy moment? Początek trzeciej kwarty. Cleveland wyszło z szatni jak drużyna, która właśnie obejrzała motywacyjne wideo z własnych najlepszych akcji, a Toronto… jakby dalej siedziało na ławce. Kilka minut bez egzekucji, kilka strat i mecz zaczął się rozjeżdżać. Maksymalna przewaga Cavaliers sięgnęła 24 punktów i było w zasadzie po temacie.

Ciekawostka – Raptors, którzy w sezonie byli jedną z najlepszych drużyn w zdobywaniu punktów po stratach rywala, tym razem zdobyli… tylko 3 takie punkty. Cavs odcięli biegaczom z Toronto możliwość kontrataków.

Na koniec warto spojrzeć szerzej – to był mecz, który idealnie pokazuje różnicę między sezonem regularnym a playoffami. Cavaliers poprawili detale, podkręcili intensywność i przede wszystkim mieli najlepszego zawodnika na parkiecie. A to w tej lidze nadal najważniejsza waluta.

Seria dopiero się zaczęła, ale Game 1 zostawił kilka jasnych wniosków: Cleveland wygląda dojrzalej, głębiej i bardziej „playoffowo”. Jeśli James Harden nie zniknie w pewnym momencie jak to ma w zwyczaju a zdrowie dopisze to będzie raczej krótka seria.

DENVER NUGGETS – MINNESOTA TIMBERWOLVES 116 – 105

W Denver nikt nie spodziewał się koszykarskiego baletu. Zamiast finezji był wrestling, zamiast płynności – szarpana momentami gra pełna fizycznej walki, a zamiast „easy buckets” – walka o każdy centymetr parkietu. Denver Nuggets wygrali 116:105 z Minnesota Timberwolves w Game 1, ale to był jeden z tych meczów, po których bardziej pamięta się siniaki niż statystyki.

A jednak statystyki też robią wrażenie. Nikola Jokić: 25 punktów, 13 zbiórek, 11 asyst i… zakrwawiony nos, który idealnie oddaje klimat spotkania. Triple-double w playoffach? Dla niego to już trochę jak kolejny poniedziałek w pracy – niby imponujące, ale wszyscy wiedzą, że i tak przyjdzie i zrobi swoje.

Początek należał jednak do gości. Timberwolves wyszli agresywnie, fizycznie i przez moment wyglądali jak drużyna, która dokładnie wie, jak napsuć krwi Jokerowi i spółce. Przewaga +12, Nuggets trochę zaspani, Jamal Murray nie trafiał z dystansu (0/8 za trzy!) a Gobert skutecznie uprzykrzał życie Jokiciowi, który wyglądał na sfrustrowanego i lekko nieporadnego w pojedynkach z Francuzem.

I wtedy zaczęła się trzecia kwarta – czyli klasyczne „Denver experience”. Run 17:2, Timberwolves bez punktu przez ponad cztery minuty i nagle mecz, który wyglądał na trudny, zaczął się odwracać. Nuggets złapali rytm, a Minnesota złapała zadyszkę – taką, której nie da się zamaskować timeoutem.

Murray ostatecznie skończył z 30 punktami i perfekcyjnym 16/16 z linii rzutów wolnych. Zero trójek? Żaden problem. Jamal przestawił wajchę na półdystans i atakowanie obręczy oraz wymuszanie fauli.

Minnesota próbowała wrócić do gry – w pewnym momencie było już tylko 97:95 – ale wtedy wkroczył Jokić z krótkim, brutalnym runem punktowym, który przypomniał, że clutch time to jego naturalne środowisko. Anthony Edwards robił co mógł (22 punkty, 7 asyst), grając mimo problemów z kolanem, ale tym razem to nie był jego wieczór. Widać było po prostu, że to kolano mu cały czas doskwiera i w jakiś sposób go ogranicza. Szkoda.

Mecz był tak fizyczny, że momentami bardziej przypominał starcie w oktagonie niż playoffy NBA. 42 faule, przepychanki, przewinienia techniczne – Jaden McDaniels dostał niesportowy za popchnięcie Jokicia, trener David Adelman też dorzucił swoje trzy grosze do dyskusji z sędziami, a pod koniec nawet Julius Randle i Aaron Gordon złapali techniki. Krótko mówiąc: zapasy w błocie przerywane pojedynczymi błyskami geniuszu Murray’a, Jokicia i Edwardsa.

Ciekawostka dla fanów serii: od sezonu 2022/23 te drużyny idą praktycznie łeb w łeb. Bilans? Minimalna przewaga Denver. Jeśli myślimy o niewygodnym matchupie dla Denver to myślimy o Minnessocie.

Game 1 pokazał jedno – to będzie seria dla ludzi o mocnych nerwach i jeszcze mocniejszych łokciach. Nuggets wyprowadzili pierwszy cios, przedłużając swoją serię zwycięstw do 13, ale Timberwolves już pokazali, że nie zamierzają się cofnąć.

NEW YORK KNICKS – ATLANTA HAWKS 113 – 102

W New York City playoffy zaczęły się dokładnie tak, jak lubi Madison Square Garden – głośno, intensywnie i z poczuciem, że „tym razem może naprawdę się uda”. New York Knicks pokonali Atlanta Hawks 113:102 i objęli prowadzenie 1-0 w serii. Wynik niby bezpieczny, ale kto oglądał – ten wie, że to był mecz z kilkoma zwrotami akcji i momentami chaosu godnymi NBA Playoffs.

Pierwsza kwarta? Jalen Brunson show. Sześć pierwszych rzutów trafionych, 19 punktów w kilka minut. Ależ ten chłop jest niebezpieczny jak złapie rytm!

Atlanta trzymała się meczu, głównie dzięki CJ McCollumowi (26 punktów) i Jalenowi Johnsonowi (23). Problem w tym, że ich ofensywa momentami wyglądała jak aplikacja po aktualizacji – niby działa, ale coś się przycina. Szczególnie w trzeciej kwarcie, gdzie wszystko zaczęło się sypać: 35% z gry, 2/9 za trzy, pięć strat i ogólny chaos.

A Knicks? Knicks zrobili to, co robią drużyny, które wiedzą, że są faworytem – cierpliwie czekali, aż rywal sam zacznie się potykać. Obrona w drugiej połowie była dusząca, halfcourt zamknięty na cztery spusty, a każdy błąd Hawks zamieniał się w okazję po drugiej stronie.

W tym wszystkim trochę po cichu, ale bardzo skutecznie rozkręcał się Karl-Anthony Towns. Do przerwy – 6 punktów i 1/6 z gry – klasyczny Karolek. Po przerwie? 19 punktów i tryb „Potężnego KARLA”. Trójki, akcje 2+1, obecność w każdym ważnym momencie. Jak sam powiedział po meczu:

Wykonaliśmy świetną robotę jako zespół, po prostu walcząc i nieustannie znajdując sposoby na zdobywanie punktów oraz wpływanie na zwycięstwo. ” – i trudno się z tym kłócić.

Moment, który praktycznie zamknął mecz, przyszedł na około 4,5 minuty przed końcem. Seria 10:0 – trójka Townsa, punkty Jordana Clarksona, kolejna akcja 3-punktowa i jeszcze jedna trójka. 106:87 i Madison Square Garden powoli szykowało się do świętowania.

Hawks jednak jeszcze próbowali wrócić – run 11:0 i nagle zrobiło się 106:98. Ale wtedy Towns znów uspokoił sytuację i przywrócił dwucyfrową przewagę. Trener Quin Snyder podsumował to bez owijania w bawełnę:

Podobało mi się, jak wróciliśmy do gry pod koniec meczu. Byliśmy w tej sytuacji odporni, ale to było po prostu za mało i za późno.”

Warto też wspomnieć o tych bardziej… „playoffowych” smaczkach. Była analiza zagrania CJ McColluma, który przy rzucie zahaczył Brunsona w dość newralgiczne miejsce (tak, dokładnie tam), były celowe faule na Mitchellu Robinsonie (1/4 z linii – Hawks testowali cierpliwość fanów Knicks), no i klasyczne przepychanki o każdy centymetr parkietu.

Z polskiej perspektywy – Jeremy Sochan tym razem cały mecz obejrzał z ławki. Po końcówce sezonu, gdzie dostawał minuty, to mały krok w tył, ale playoffy rządzą się swoimi prawami – rotacje się skracają, a trenerzy grają tymi, którym ufają najbardziej. Będąc szczerym – nie spodziewałem się i nie spodziewam, że Jeremy odegra jakąkolwiek rolę w tych Playoffs niestety.

Na koniec najważniejsze: Knicks wyglądali jak drużyna gotowa na coś więcej niż tylko pierwszą rundę. Kontrola tempa, lider w formie, drugi lider, który odpala w odpowiednim momencie i obrona, która potrafi zdusić rywala. A Brunson? On sam najlepiej ustawił ton przed Game 2:

Wiemy, że oni będą gotowi na Game 2. Robimy więc szybki reset i maksymalne skupienie .”

Krótko mówiąc – seria dopiero się zaczyna, ale jeśli Hawks nie znajdą odpowiedzi na defensywę Knicks i nie uporządkują ofensywy, to ta seria może skończyć się szybciej, niż by chcieli.

LOS ANGELES LAKERS – HOUSTON ROCKETS 107 – 98

W sobotni wieczór Lakers wyszli na parkiet i pokonali Houston Rockets 107:98 w Game 1 pierwszej rundy, i to w stylu, którego mało kto się spodziewał – bez swoich największych gwiazd Luki Doncicia i Austina Reaves’a.

Najgłośniejsze nazwisko? Luke Kennard. Kennard rozegrał mecz życia w postseason, zdobywając 27 punktów – career playoff-high – i trafiając 5/5 za 3 punkty. Co więcej, trafił 9 z pierwszych 12 rzutów, wyglądając momentami jakby nic nie robił sobie z obrony Houston.

Dziadzia LeBron – 19 punktów i 13 asyst – nie musiał być superbohaterem punktowym. Tym razem grał bardziej jak dyrygent orkiestry, która chwilami wyglądała jakby brakowało połowy instrumentów. I właśnie w tym tkwił sens tej wersji Lakers.

Tak właśnie musi to wyglądać – musimy być zgraną grupą,” powiedział 41-letni James po rozpoczęciu swojego 19. postseasonu w karierze. I dodał:

Kiedy brakuje ci takiej siły ognia, jak teraz u nas przy nieobecności AR i Luki, wszyscy musimy wykonać swoją pracę i może zrobić trochę więcej, wspierać się nawzajem w ataku i obronie, i myślę, że dziś wieczorem nam się to udało.”

Brzmi jak definicja „grania na przetrwanie”, ale w praktyce Lakers zrobili coś prostego: trafiali. 60,6% skuteczności z gry w meczu play-off to nie statystyka – to sygnał alarmowy dla Houston.

Rockets z kolei mieli swoje momenty, ale ich ofensywa działała jak automatyczna skrzynia biegów… w trybie awaryjnym. Zacinała się, nie było płynności w grze (Fred wróć!). Alperen Sengun rzucił 19 punktów, Jabari Smith Jr. 16 i 12 zbiórek, a Amen Thompson 17 punktów, ale całość rozbiła się o fatalne 37,6% z gry.

Trener Houston Ime Udoka nie owijał w bawełnę:

Wypracowywaliśmy sobie pozycje, ale po prostu słabo rzucaliśmy.” powiedział.

W tle meczu trwał jeszcze jeden cichy wątek – brak Kevina Duranta, który wypadł z powodu stłuczenia kolana. Rockets mieli więc swój własny problem w tym meczu, czekamy na wiadomość kiedy KD będzie znów dostępny.

Lakers odpowiedzieli też fizycznością i… Marcusem Smartem. 15 punktów, 8 asyst i 4 trójki – Smart dał w tym meczu dokładnie to czego potrzebowali Jeziorowcy. Sam Smart przed serią mówił, że kluczem będzie „willpower” – i w Game 1 wyglądało, jakby Lakers faktycznie przeczytali ten cytat przed wyjściem na parkiet.

Lakers wygrali mimo 66 oddanych rzutów – najmniej w meczu NBA od trzech sezonów – i mimo oddania 21 zbiórek ofensywnych rywalom. Normalnie to przepis na porażkę. Tyle że tym razem Houston po prostu nie trafiało wystarczająco często, żeby to wykorzystać. W kolejnych meczach Rockets na pewno poprawią skuteczność z gry, a jeśli dodatkowo do składu wróci Durant to Lakers staną przed baaaardzo ciężkim zadaniem. Czy JJ Reddick wymyśli coś co zapewni drugie zwycięstwo na własnym boisku?

Jeśli chcesz poznać więcej treści od tego autora kliknij

Jedna odpowiedź na “Zaczęło się! NBA Playoffs baby!”

  1. […] NBA Playoffs 2026 potwierdzają, że liga znajduje się w momencie transformacji, gdzie technologia medyczna, głębia rotacji i bezkompromisowa defensywa stają się fundamentami walki o puchar Larry’ego O’Briena. Weekend 25–26 kwietnia 2026 roku był mikrocosmem tych zmian, dostarczając emocji, które na długo pozostaną w pamięci kibiców. […]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *