Wydawało się, że żyjemy w czasach niestabilnych, gdzie wobec różnych zagrożeń, najczęściej tych zza wschodniej granicy wszyscy musimy się spiąć i zacisnąć pasa. Jest jednak jeden wyjątek, pochodzi z Wrocławia, miasta zadłużonego na 4,6 miliarda złotych(stan na koniec 2024 roku). Tam pieniędzy się nie oszczędza, ale chyba powinno, tym bardziej, że mówimy o klubie piłkarskim, nie o szpitalu, nie o szkole, ale o klubie, gdzie niektórzy piłkarze są w stanie zarobić ponad 800 tys. złotych rocznie.
Jednak takie zarobki chyba nie robią wrażenia na radnych Wrocławia, ponieważ stosunkiem głosów 27:5 postanowili oni dać klubowi 30 milionów złotych, płatne w transzach przez cały rok. Niby przy budżecie Wrocławia to małe pieniądze, ale można za to zakupić 3 nowe tramwaje, a akurat stolica dolnego śląska słynie z kiepskiej jakości zarówno taboru jak i szyn.
To co szokuje najbardziej, to fakt, że nie jest to przecież pierwsza pomoc miasta dla klubu. W zeszłym roku było to 19 milionów, a dwa lata temu już 20… Zapytacie się, co na to właściciel, przecież chyba ma swoje pieniądze, no to nie ma, ponieważ nie istnieje. Od czasów porzucenia klubu przez zarządzającego telewizją Polsat Pana Solorza klub jest miejską zabawką, taką piaskownicą, gdzie urzędnicy mogą realizować swoje marzenia, w którą wkładasz pieniądze i nic to nie daje. Potem sobie myślisz, że to przecież tylko zabawa i nic się nie stało, ale stało się, długi miasta rosną tak szybko jak zarobki kolejnych piłkarzy, którzy nie dają jakości. Miał być szybki powrót do ekstraklasy i może będzie, ale co dalej? Wrocławscy podatnicy będą musieli chyba bardziej zacisnąć pasa, bo jeśli w 1 lidze daje się 50 milionów, to w ekstraklasie potrzebny będzie większy zastrzyk, a wszyscy pamiętamy jak jeszcze niedawno cała Polska śmiała się z Wrocławia, gdy pieniądze pierwotnie przeznaczone na zoo poszły na klub.
Zabawa w prywatyzację klubu trwa już lata, ale zawsze coś stoi na przeszkodzie. Ostatnie negocjacje upadły w grudniu zeszłego roku i niby ciągle pojawiają się nowe nazwiska, ale jak przychodzi co do czego to nagle okazuje się, że zawsze coś jest nie tak. A to inwestor się rozmyślił, a to negocjacje były zbyt ciężkie, a to ktoś zapomniał rachunku bankowego, cóż za pech.

Oczywiście nie jest to jedyny klub piłkarski ze szczebla centralnego dotowany przez miasto, ale właśnie to on stał się symbolem niedołężności systemu opierającego się na życiu z pieniędzy podatników z uwagi na ciągłe i kosztowne wpadki, które uderzają w wizerunek klubu. Takie jak chociażby zwolnienie trenera Magiery, co może było na swój sposób wytłumaczalne, ale nie zrobiono potem nic, żeby sytuację odwrócić. Śląsk jak miał spaść, tak spadł.
Prawda jest taka, że takimi działaniami nie wybuduje się wielkiego klubu. Jeśli klub taki jest uzależniony od polityków, których poczynania są zależne od nastrojów społecznych i słupków poparcia (a w ostatnich latach coraz gorzej widzi się dotowanie klubów piłkarskich miejską kasą) to do niczego dobrego nie doprowadzi. Gdy ludzie się w końcu wkurzą, poparcie spadnie to i Śląsk poleci, w dobrym wypadku do IV ligi, w gorszym- jeszcze niżej, czego oczywiście nie życzymy.

Dodaj komentarz