Drugie mecze półfinałowe nie były zbyt emocjonujące. Atletico co nie chce grać i Bayern co chce, ale im nie wychodzi. Szczególnie po środowym spotkaniu spodziewaliśmy się spektaklu, ale z tego nici. Wygrał pragmatyzm, a chęć gry w wielkim finale związała wszystkim nogi.
Nuda
Nie wiem czy jest ktoś, kto po spotkaniu Arsenal-Atletico spodziewał się fajerwerków. Jednak czy jest ktokolwiek, kto spodziewał się, że ekipa Simeone rzuci ręcznik w geście poddania się jeszcze przed meczem? Arsenal nie zagrał fenomenalnie, zagrał tak, żeby awansować. To wystarczyło na cieniutkich Hiszpanów. W pewnym momencie człowiek mógł zdać sobie sprawę, że na boisku jest tylko jedna i to dość mizerna drużyna z Anglii, a goście z Madrytu przyjechali pooglądać ich śmieszne próby zagrożenia bramce. Wynik 1:0 idzie jednak w świat i to „the gunners” zagrają w Budapeszcie, gdzie pewnie czeka ich srogie lanie jeśli dalej będą prezentować tak pasywną postawę. Zabawny jest fakt, że Simeone też już się chyba gubi w stawianiu autobusu, ponieważ ściąganie z boiska ofensywnego Alvereza, w momencie gdy musisz gonić wynik nie wygląda źle. Wygląda gorzej, jak celowy akt sabotażu. Gość tymi zmianami chciał chyba zakomunikować „zwolnijcie mnie w końcu, mam dość”, a sam boi się rzucić wypowiedzenia. Z dwojga złego lepszy w finale Arsenal, który też gra antyfutbol, ale taki na który można się spojrzeć bez natychmiastowego zaśnięcia.
PSG pisze historię

Jeszcze niecałe dwa lata temu PSG miało się skończyć. „Nie ma tego klubu bez Mbappe” pisali coniektórzy, Enrique udowodnił jednak, że nie żaden Kilianek, Messi czy inny Neymar tworzą wielkie kluby. Potęgi tworzą się z chłopaków z okolicy, taki Doue, Barcola to są piłkarze, którym się chce. Są to goście, którzy gryzą za ten klub murawę i potrafią zmienić przebieg spotkania. Nie boją się wrócić do defensywy, a jak trzeba to biegają jak charty na wyścigach przez 90 minut. Bayern niestety to nie ta półka, nie ten poziom. Kompany rzucił do ataku wszystko co miał, ale rozbijało się to o dobrze dysponowaną defensywę i fenomenalnego Safonova. Ten bramkarz jest też dowodem na to jak nieoczywisty wybór może napisać historię. Enrique pogonił Donnarumme i wziął Rosjanina pomimo fali krytyki, on jak to on miał słowa niezadowolonych w poważaniu i znowu triumfuje. Po meczu pojawia się tylko jedno pytanie, gdzie był Olise. Gość, któremu niektórzy już wręczali złotą piłkę zniknął. Pojawił się za to Harry Kane, szkoda, że w ostatniej akcji meczu. Strzelił wtedy gola dającego wyrównanie. Co jednak z tego, skoro 1:1 daje więcej radości Paryżanom. Przewidywania na finał są proste. PSG wjeżdża, ładuje Arsenalowi z 5 bramek i odbiera drugi tytuł z rzędu. Na szczęście piłka taka nie jest, a w finale, mimo prognoz możliwe jest wszystko. Jak ktoś nie wierzy niech włączy sobie Euro 2004 i zobaczy Grecję.

Dodaj komentarz