Sukces czy jednak rozczarowanie? Podsumowanie występu Lecha Poznań w eliminacjach europejskich pucharów

W zeszłym tygodniu zakończyła się faza kwalifikacji do europejskich pucharów: Ligi Mistrzów, Ligi Europy i Ligi Konferencji. W tym roku pierwszy raz wystąpiło w nich aż 5 polskich drużyn, w tym mistrz Polski, Lech Poznań. Ostatecznie do ligowej fazy Ligi Europy dostały się wspomniany Lech i Jagiellonia Białystok. W tym artykule podsumujemy dotychczasowe dokonania Kolejorza w Europie i postaramy się odpowiedzieć na pytanie, czy awans można uznać za sukces, czy jednak niedosyt?

Szokująca przegrana z Aarhus

Kolejorz w II rundzie eliminacji do Ligi Mistrzów, w której zaczynał swoje zmagania, był rozstawiony, co jednak nie przyniosło mu łatwego losowania. Poznaniacy wylosowali bowiem mistrza Danii, AGF Aarhus. Zespół ten zdobył pierwsze mistrzostwo swojej ligi od 40 lat; co jednak miało swoją miarę, albowiem pokonał w rywalizacji takie marki jak FC Kopenhaga czy Broendby. Kolejorz wydawał się jednak zrobić wszystko, żeby pokonać swojego rywala, a potem ewentualnie następnych: do zespołu dołączyli tacy zawodnicy jak Allahyar Sayyadmanesh z belgijskiego Westerlo, obrońca Terry Yegbe z francuskiego Metz czy bramkarz Mateusz Lis z tureckiego Goztepe; nie bez znaczenia było także wykupienie na stałe Luisa Palmy z Celticu Glasgow za 4 miliony euro, co było rekordem transferowym Lecha. Z drużyny nie odszedł żaden z filarów składu, pomimo że dużo mówiło się o transferach wychodzących, zwłaszcza młodych wychowanków takich jak Michał Gurgul, Antoni Kozubal czy Wojciech Mońka. Pierwszy mecz w Danii zakończył się nadspodziewanie wysokim zwycięstwem Lecha 4:1, na co jednak duży wpływ niewątpliwie miała czerwona kartka dla bramkarza rywali, Jespera Hansena, w pierwszej połowie za zagranie ręką poza polem karnym. Trzeba jednak przyznać, że przebieg spotkania nie był w takim stopniu oddający końcowy wynik jak się może wydawać; Aarhus miało swoje sytuacje, których jednak nie umiało wykorzystać poza jedną. W rewanżu wydarzyła się jednak katastrofa: Kolejorz niespodziewanie uległ u siebie w regulaminowym czasie gościom w takim stosunku, w jakim wygrał pierwszy mecz, czyli 1:4, w pewnym momencie przegrywając 0:3. Taki wynik oznaczał konieczność rozegrania serii rzutów karnych, w której lepszy okazał się mistrz Danii, co zszokowało 40 tys. kibiców obecnych na stadionie. Po spotkaniu na trenera Nielsa Frederiksena oraz jego piłkarzy wylała się fala potężnej krytyki, skierowanej głównie w stronę reakcji zawodników na kolejno tracone gole, a także stracenie tak ogromnej zaliczki przed rewanżem. Część krytyki dotyczyła też postawy nowych zawodników, takich jak Sayyadmanesh czy bramkarz Lis. Duński trener zapowiadał jednak pokazanie odpowiedniej reakcji na tą klęskę w najbliższych spotkaniach i jak pokazał czas, nie pomylił się.

Podróż z przygodami do Farerów

Kolejny dwumecz, tym razem już w eliminacjach Ligi Europy, Lech rozegrać miał z mistrzem Wysp Owczych, KI Klaksvik. Wygrany tego dwumeczu z kolei zmierzyć miał się w ostatniej rundzie eliminacyjnej ze zwycięzcą w parze FC Thun (Szwajcaria) kontra Vikingur Reykjavik (Islandia). Pierwsze spotkanie z Farerami w Poznaniu stało pod znakiem nieskuteczności piłkarzy Kolejorza, którzy tworzyli raz za razem sytuacje bramkowe, jednak tego dnia u Lechitów bardzo szwankowała skuteczność. Piłkarze Klaksvik z kolei groźnie zagrażali bramce Mateusza Lisa po stałych fragmentach gry. Dopiero w 81 minucie Yannick Agnero wykorzystał sytuacje sam na sam, dając minimalną Lechowi minimalną zaliczkę przed rewanżem. Przed rewanżem więcej niż o samym meczu mówiło się o problemach z podróżą, jakie na ten daleki archipelag mieli Lechici. Ich lot dzień przed meczem został odwołany ze względu na niesprzyjające warunki pogodowe na lotnisku, na którym mieli wylądować. Wylądowali tam dopiero dzień później, w dodatku po kolejnych problemach z wylądowaniem i przymusową przerwą na lotnisku w Norwegii. W związku z tym mecz został przełożony na następny dzień, co jednak na szczęście, wbrew wielu obawom nie wpłynęło na postawę Poznaniaków w tym meczu, bowiem wygrali je 5:0, a łącznie w dwumeczu 6:0.

Szwajcarski spacerek

Ostatnim rywalem na drodze do drugich w hierarchii rozgrywek europejskich był mistrz Szwajcarii, FC Thun. Zespół ten niespodziewanie, jako beniaminek, sięgnął po tytuł w swoim kraju, w dodatku robiąc to pierwszy raz w swojej historii. Drużyna ta znana jest z ofensywnego, bezkompromisowego stylu gry, który jednak powodował także często stratę wielu bramek (tak było w zeszłym sezonie m.in w dwóch meczach z Young Boys Berno, gdzie Thun traciło odpowiednio 6 i 8 bramek w jednym spotkaniu). Mecz ze Szwajcarami, dość niespodziewanie chyba jednak dla wielu kibiców ale i samych zawodników Lecha, był potwierdzeniem tej opinii, bowiem zespół Thun zderzył się z prawdziwie ofensywnym walcem. 7:0 to najwyższa wygrana, jaką Kolejorz odniósł w historii swoich występów w europejskich pucharach. Taki wynik nie pozostawiał wątpliwości, kto awansuje do fazy ligowej Ligi Europy (mimo złośliwych komentarzy kibiców innych klubów). W rewanżu w Szwajcarii mieliśmy do czynienia ze spotkaniem o temperaturze sparingowej. Mimo tego celem Thun, jak zapowiadali piłkarze i trener tego zespołu, była wygrana i choć częściowe zrehabilitowanie się za wcześniejszą wysoką porażkę w Poznaniu. Ostatecznie spotkanie zakończyło się remisem 2:2; gole dla Lecha zdobyli w tym meczu Robert Gumny i Patrik Walemark. Ostatecznie Kolejorz wygrał dwumecz wysokim wynikiem 9:2 i awansował do fazy ligowej Ligi Europy.

Wymagający rywale jesienią

Następnego dnia w Monte Carlo Lechici poznali swoich rywali. Wielu kibiców liczyło na pojedynki z włoskimi gigantami: Juventusem (który byłby sentymentalnym powrotem do roku 2010, gdy Kolejorz dwukrotnie zremisował z tym klubem w fazie grupowej i wyszedł z niej kosztem zespołu z Turynu) i Milanem (z którym Lech jeszcze nigdy nie grał meczu). Kluby te były w pierwszym koszyku. Ostatecznie jednak Poznaniacy nie wylosowali tych drużyn, ale nadal czeka na nich wymagające zadanie, zwłaszcza, że według terminarza zmierzą się na początku z najbardziej wymagającymi rywalami . Pierwszy mecz Lech zagra bowiem na początku na wyjeździe z Crystal Palace, następnie u siebie z Bayerem Leverkusen, potem na wyjeździe z Benfiką Lizbona, u siebie z Sunderlandem, na wyjeździe z Royal Union Saint – Gilloise, następnie dwukrotnie z rzędu u siebie z Ferencvarosem i portugalskim Torreense, a na sam koniec wybierze się na Kretę, gdzie zagra z tamtejszym OFI. Wydaje się, że aby awansować do dalszej fazy zmagań, Lech musi pokonać dwa ostatnie kluby, plus starać się wyszarpać przynajmniej jedną wygraną oraz remis z pozostałymi zespołami.

Podsumowując całą kampanię eliminacyjną, można powiedzieć, że cel minimum, jakim był awans do pucharu wyższej rangi niż Liga Konferencji został spełniony, albowiem Lech zagra w Lidze Europy. Nie ma co jednak ukrywać, że wielkim marzeniem i celem, o którym władze Kolejorza oraz sami piłkarze mówili, był awans do Ligi Mistrzów (co nie udało się polskiej drużynie od 10 lat). Niestety, to marzenie legło w gruzach wraz z ostatnim gwizdkiem rewanżowego meczu z Aarhus. Zapewne przez lata kibice Lecha będą się zastanawiać, skąd wynikła tak ogromna niemoc zespołu w tym spotkaniu, tym bardziej że po nim Lech zaliczył serię aż 5 ligowych zwycięstw z rzędu, zaś ogólnie w 11 spotkaniach w tym czasie wygrał 9 razy. Ostatecznie jednak, jak to mawiał legendarny komentator Dariusz Szpakowski, jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Kolejorzowi po zdobyciu drugiego mistrzostwa z rzędu udało się wykonać kolejny krok naprzód, a sny o Lidze Mistrzów póki co trzeba odłożyć na półkę. Być może, tylko na następny sezon?

Fot. Przemysław Szyszka/Lech Poznań

Jeśli chcesz poznać więcej treści od tego autora kliknij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *