Netflix znów odpalił swoją sportową taśmę produkcyjną i dorzucił kolejny rozdział serii Untold. Tym razem na tapet trafia Lamar Odom – gość, który był obdarzony wielkim talentem do koszykówki i chodzącą katastrofą. Dokument Untold: The Death and Life of Lamar Odom próbuje ogarnąć ten chaos. I robi to… całkiem nieźle. Ale nie bez kilku niedociągnięć.
To nie jest historia o koszykówce
Jeśli liczysz na klasyczny sportowy dokument o karierze, możesz się rozczarować. Odom był świetnym zawodnikiem – mistrz z Los Angeles Lakers, Sixth Man of the Year, w picku kariery był w czołówce ligi. Ale film traktuje jego koszykarskie osiągnięcia trochę jak przypis.
I szczerze? Słusznie.
Bo to nie jest historia o baskecie. To historia o człowieku, który przez całe życie uciekał przed śmiercią – i prawie przegrał.

Najmocniejsze uderzenie: trauma, która nigdy nie została przepracowana
Film działa najlepiej wtedy, gdy przestaje być sportowy, a zaczyna być brutalnie ludzki.
Śmierć matki, uzależniony ojciec, strata dziecka – to nie są „backstory do ESPN”, tylko fundament jego osobowości. I dokument robi coś, czego często brakuje w takich produkcjach: nie próbuje tego wygładzić. Chłop miał naprawdę przerąbane momenty w życiu co w znaczny sposób wpłynęło na to jakim człowiekiem się stał.
Nie ma tu narracji typu: „upadł, ale się podniósł i teraz jest inspiracją”. Nie. Odom nadal jest pogubiony. Pokazują to jego relacje z dziećmi chociażby. I to jest to co zostaje w głowie po obejrzeniu tego filmu.
Kardashianowie – więcej człowieczeństwa, mniej memów
Największe zaskoczenie? Khloé Kardashian. Serio. Z całego tego medialnego cyrku wychodzi jako najbardziej racjonalna postać. Dokument pokazuje ją nie jako celebrytkę od dram, tylko jako osobę, która próbowała ratować człowieka opętanego przez własne demony.
I to działa, bo nagle cała ta relacja przestaje być tabloidową papką, a zaczyna być historią współuzależnienia, desperacji i bezsilności. Ciężko stwierdzić czy wizerunek jaki kreuje w tym dokumencie Kardashianka jest w 100% prawdziwy czy robi to troszkę pod publiczkę. Jeśli jednak przyjrzymy się faktom to możemy odnieść wrażenie, że ta kobieta rzeczywiście kochała tego wariata i chciała mu pomóc.

Sceny z Love Ranch – granica dobrego smaku
Kulminacja, czyli Nevada i burdel (dosłownie), to moment, w którym dokument balansuje na cienkiej granicy. Z jednej strony: to kluczowy punkt historii. Z drugiej: momentami ociera się o tanią sensację.
I tu jest największy problem filmu – czasem pachnie to bardziej produkcją o „upadłych celebrytach” niż głębokim dokumentem.
Odom jako narrator własnej katastrofy
Największy atut? Chyba sam Odom.
Jest brutalnie szczery. Bez PR-owego filtra. Mówi wprost o zdradach, narkotykach, byciu fatalnym partnerem i ojcem. Nie próbuje się wybielać. Nie sprzedaje redemption arc w stylu Hollywood. Większość sportowych dokumentów to autopromocja. Ten momentami wygląda jak spowiedź bez rozgrzeszenia. Lamar jest typem, który nie przejmuje się chyba za bardzo zdaniem innych – dzięki temu nie ma problemu w mówieniu o najmroczniejszych momentach swojego życia, czym mnie osobiście kupuje.

Najbardziej niewygodna prawda filmu
Ten dokument nie daje komfortu. Nie dostajesz jasnej odpowiedzi: „jest już dobrze”.
Nie dostajesz bohatera, który wszystko zrozumiał. Dostajesz gościa, który przeżył coś, czego nie powinien przeżyć… i nadal nie wie, co z tym zrobić.
I to jest cholernie niepokojące. Szczerze, po napisach końcowych zastanawiasz się co tam u Lamara – czy czasami znowu nie wywinął jakiegoś numeru…
Czy to coś nowego?
Nie do końca.
Formuła Netflix i serii Untold zaczyna być przewidywalna: archiwalia + gadające głowy + dramatyczna muzyka + upadek + refleksja.
Jeśli widziałeś inne części, jak historie o Manzielu czy Favre’ie, poczujesz déjà vu.
Ale ta jedna subtelna różnica polega na tym, że Odom nie próbuje domknąć historii ładną klamrą.
I to jak dla mnie robi robotę.
Podsumowanie
„Untold: The Death and Life of Lamar Odom” to dokument, który:
- nie jest o koszykówce, choć udaje, że trochę jest
- nie jest o odkupieniu, choć daje jego namiastkę
- nie jest perfekcyjny, ale (damn!) jest autentyczny
Nie jest to dokument, który zmieni kino dokumentalne. Ale jest to dokument, który zostaje w głowie – głównie dlatego, że jego bohater wciąż nie wyszedł z własnej historii.
I może nigdy nie wyjdzie.

Dodaj komentarz