Jeremy Sochan rozpoczyna kolejny rozdział swojej kariery w NBA. Polski skrzydłowy podpisał z Portland Trail Blazers roczny kontrakt na zasadzie minimum dla weterana. Niegwarantowany. Nie jest to oczywiście ruch, który zmienia układ sił w lidze 😉 ale w Polsce trąbili o tym wszyscy. W końcu to jedyny Polak w NBA. Umowa ta dla 23-latka może oznaczać znacznie więcej niż się wszystkim wydaje – przede wszystkim możliwość odzyskania miejsca w rotacji. To może być dla niego sezon kluczowy, sezon przełomowy.
Od ważnej roli w San Antonio do końca ławki
Sochan został wybrany z dziewiątym numerem draftu w 2022 roku przez San Antonio Spurs. Początek jego kariery był obiecujący. W pierwszych trzech sezonach rozegrał łącznie wystarczająco dużo minut, by ugruntować swoją pozycję jako zawodnik dający zespołowi energię, obronę i wszechstronność.
W tym okresie notował średnio:
11,4 punktu, 6,1 zbiórki i 2,8 asysty w 27,3 minuty na mecz. Solidne liczby jak na pierwsze trzy lata kariery w NBA.
Problemem od początku pozostawało jednak znalezienie dla niego optymalnej pozycji. Sochan występował jako silny skrzydłowy, ale Spurs próbowali również innych rozwiązań. Był moment, gdy Gregg Popovich sprawdzał go nawet jako rozgrywającego. Później pojawiały się minuty na pozycji centra w niskich ustawieniach.
Żaden z tych eksperymentów nie okazał się rozwiązaniem docelowym. W trzecim sezonie Sochan stracił miejsce w podstawowym składzie. W kolejnym jego sytuacja stała się jeszcze trudniejsza. W trakcie tego procesu próbował przemodelować swój rzut – tutaj również stała się mała katastrofa…
W sezonie 2025/26 wystąpił w 28 spotkaniach, spędzając na parkiecie zaledwie 12,8 minuty i zdobywając średnio 4,1 punktu. Przed zamknięciem okna transferowego pojawiły się rozmowy dotyczące jego przyszłości. Ostatecznie Spurs go zwolnili. Dwa dni później Sochan podpisał kontrakt z New York Knicks. W Nowym Jorku nie udało mu się jednak odbudować pozycji. W 16 meczach grał średnio zaledwie 6,9 minuty, zdobywając 2,8 punktu.
Paradoksalnie zakończył sezon jako mistrz NBA. W decydujących momentach piątego meczu finałów znajdował się na parkiecie, a po końcowej syrenie świętował zdobycie Larry O’Brien Trophy.
To jednak nie wystarczyło, aby pozostać w Knicks.
Portland potrzebuje tego, co Sochan potrafi najlepiej
Trail Blazers nie są obecnie zespołem o aspiracjach porównywalnych z uczestnikami finałów NBA. Dla Sochana oznacza to sportowy krok w tył. Jednocześnie właśnie Portland może być dla niego znacznie lepszym miejscem do odbudowy kariery.
Powód jest prosty: Blazers potrzebują skrzydłowego, który potrafi bronić.
Sochan przy wzroście 6’8″ (203cm) może kryć zawodników na wielu pozycjach. Potrafi pracować zarówno przeciwko niższym graczom na obwodzie, jak i większym zawodnikom. Jego największym atutem jest mobilność. Sochan nie tylko reaguje na ruch przeciwnika. Często próbuje przewidzieć jego zamiary i odpowiednio wcześniej zamknąć mu drogę. Do tego dochodzą aktywne ręce i gotowość do obrony na całym parkiecie.
To właśnie dlatego trener może wysłać go przeciwko zawodnikowi, którego w danym momencie trzeba najbardziej ograniczyć.
W Portland może mieć to szczególne znaczenie.
Jeżeli Toumani Camara zejdzie z parkietu, defensywna presja nie może zniknąć. Sochan może wejść z ławki i przejąć zadania wymagające intensywnej obrony. W połączeniu z Camarą i Deni Avdiją Blazers mogą mieć kilka opcji do zabezpieczenia skrzydeł.
Jest jednak jeden poważny problem
Jeżeli defensywa jest największym argumentem za Sochanem, jego gra ofensywna pozostaje głównym powodem, dla którego dostępny był za tak niewielką cenę. Polak jest skuteczny przede wszystkim w pobliżu obręczy. W karierze trafia 68,3 proc. rzutów oddawanych z odległości do trzech stóp od kosza. Im dalej od obręczy, tym gorzej. W poprzednim sezonie Sochan trafiał zaledwie 24,4 proc. rzutów za trzy, przy karierowej skuteczności wynoszącej 28,6 proc.
To szczególnie problematyczne w przypadku Portland.
Blazers w poprzednim sezonie oddawali średnio 42,2 rzutu za trzy na mecz, co dawało im trzecie miejsce w NBA pod względem liczby prób. Jednocześnie trafiali tylko 34,3 proc. tych rzutów – również trzeci wynik – ale od końca w lidze. Ich podstawowym celem podczas offseason było więc poprawienie shootingu.
Tymczasem do zespołu dołącza zawodnik, który akurat w tym elemencie nie daje gwarancji.
Sochan i Avdija? Tutaj może pojawić się problem
Kolejnym elementem układanki jest Deni Avdija. Izraelski skrzydłowy opiera swoją grę na atakowaniu obręczy. W poprzednim sezonie notował aż 19,4 wjazdu pod kosz na mecz. Aby wykorzystać jego największe atuty, potrzebuje przestrzeni. Sochan nie jest zawodnikiem, który tę przestrzeń zapewni. Dlatego zestawienie obu graczy jednocześnie może być problematyczne pod względem spacingu. Portland potrzebuje wokół Avdii zawodników, którzy potrafią rozciągnąć defensywę rywala.
To jedna z największych zagadek związanych z transferem Sochana.
Z drugiej strony Polak może otrzymać coś, czego bardzo brakowało mu w Nowym Jorku – minuty. Uważam, że Jeremy jest typem zawodnika, który musi czuć wsparcie ze strony trenera. Jeśli Sochan wie, że trener mu ufa (Popovich) jest w stanie pokazać co potrafi. Jeśli tego zaufania nie ma a pojawia się dodatkowa presja ze strony coacha (Johnson) Jeremy robi się nerwowy a poziom tego co wnosi na parkiet znacznie spada.
Drzwi do rotacji są otwarte
Portland nie ma szczególnego bogactwa na pozycjach skrzydłowych. Camara i Avdija są najważniejszymi opcjami, ale potrzebują zmienników. To oznacza, że Sochan nie musi czekać na cud. Ma możliwość wywalczenia sobie miejsca.
Jego konkurentami mają być m.in. Sidy Cissoko i Micah Potter. Jeśli Sochan będzie prezentował odpowiednią energię i skutecznie wykonywał zadania defensywne, może regularnie pojawiać się na parkiecie. Cissoko był regularnie orany przez Sochana za czasów SAS, Potter też nie powinien stanowić jakiejś wielkiej konkurencji. Z całym szacunkiem do Jeremiego – jeśli chce grać to takich zawodników powinien zamiatać pod dywan i brać swoje minuty. A jak będą minuty to pojawią się kolejne możliwości: zbiórki, szybki atak, podania po przechwycie, rzuty z dystansu czy atakowanie kosza.
Warto pamiętać, że dwie poprzednie ekipy Sochana to mistrz i wicemistrz NBA – w tamtych zespołach napchanych gwiazdami i elitarnymi zadaniowcami było naprawdę trudno o minuty. W Portland będzie o to dużo łatwiej. Przynajmniej w teorii.
To właśnie czyni nadchodzący sezon przełomowym. Jeśli nie teraz w takiej drużynie to… kiedy i gdzie?
Kontrakt bez gwarancji dodaje całej historii jeszcze większego ciężaru
Jest jednak istotny szczegół umowy. Kontrakt Sochana z Portland nie jest gwarantowany. Oznacza to, że klub może z niego zrezygnować. Dla zawodnika, który jeszcze niedawno był dziewiątym wyborem draftu, a następnie zdobył mistrzostwo NBA, to bardzo daleka droga. Jeszcze kilka lat temu trudno było przewidzieć, że Sochan znajdzie się w sytuacji, w której będzie musiał walczyć nawet o samo utrzymanie się w NBA.
Teraz jednak właśnie tak wygląda jego rzeczywistość.
Portland też szuka swojej drogi
Trail Blazers sami przechodzą okres zmian. Po sezonie doszło do kolejnych przetasowań. Zespół pozyskał Ja Moranta, oddając Jeramiego Granta i Krisa Murraya, a na stanowisku trenera pojawił się Micah Nori z kontraktem skonstruowanym bez precedensu w dotychczasowej historii NBA – 1+1+1. W tym wszystkim Portland stawia na rozwiązania, które nie wymagają dużego ryzyka. Podpisanie Sochana idealnie wpisuje się w ten schemat. Niewielki koszt, brak długoterminowego zobowiązania i zawodnik, który wciąż może mieć spory potencjał do odzyskania. Dla Blazers to ruch praktycznie bez ryzyka. Dla Sochana – być może najważniejszy kontrakt w całej dotychczasowej karierze.
Ostatnia szansa?
Sochan ma dopiero 23 lata, ale jego sytuacja jest wyjątkowo ciekawa. W ciągu kilku sezonów przeszedł drogę od dziewiątego wyboru draftu, przez ważną rolę w Spurs, problemy z odnalezieniem odpowiedniej pozycji, utratę minut, zwolnienie, epizod w Knicks i mistrzostwo NBA aż do kontraktu za minimum dla weterana.
Teraz trafia do Portland. I paradoksalnie może być to najlepsza wiadomość, jaka mogła go spotkać.
Nie dlatego, że Blazers są zespołem walczącym o najwyższe cele. Wręcz przeciwnie. Sochan trafia tam, gdzie jego umiejętności są potrzebne, a droga do minut wydaje się znacznie krótsza.
Musi jednak wykorzystać tę okazję.
Bo jeśli odzyska formę, może udowodnić, że w NBA wciąż jest dla niego miejsce. Jeśli nie – kolejny etap jego kariery może już nie być związany z najlepszą ligą świata.
Dla Jeremy’ego Sochana Portland to nie tylko nowy klub. To próba odpowiedzi na najważniejsze pytanie: czy potrafi jeszcze raz wywalczyć sobie miejsce w NBA? Ja cały czas wierzę w tego chłopaka bo uważam, że jego obecna pozycja w NBA bardziej wynika z niefortunnych kontuzji w najmniej odpowiednim czasie oraz błędnych decyzji jego i jego agenta a nie czystych umiejętności koszykarskich. Myślę, że jeśli Sochan dostanie odpowiednią scenę i zaufanie trenera to jeszcze nas wszystkich zaskoczy.
Zdjęcie główne: Jeremy Sochan Facebook

Dodaj komentarz