Nie nosi kevlaru, nie zakłada kasku, a jednak od jego decyzji zależy wszystko: bezpieczeństwo zawodników, wynik meczu i emocje tysięcy kibiców. Rafał Kobak to jeden z tych ludzi żużla, których zwykle nie widać na pierwszym planie — dopóki nie trzeba podjąć decyzji w ułamku sekundy. O dzieciństwie spędzonym pod krośnieńskim torem, pierwszym biegu puszczonym „z palca”, presji wieży sędziowskiej, ciszy w drodze powrotnej do domu i o tym, dlaczego sędzia musi być poza emocjami — opowiada arbiter, dla którego żużel wciąż pachnie tak samo jak wtedy, gdy jako kilkuletni chłopak sprawdzał rano, czy nie pada deszcz.
Jak zaczęła się Pana przygoda z żużlem i sędziowaniem?
— Chyba dosyć klasycznie. Na pierwsze zawody żużlowe poszedłem jako kilkuletni chłopak z wujkiem. Był to Memoriał Romana Gąsiora w Krośnie i właściwie od tego momentu wszystko się zaczęło. W tamtych latach mecze ligowe odbywały się głównie w niedzielę, więc gdy tylko budziłem się rano, pierwszą rzeczą było sprawdzenie, czy nie pada deszcz, bo po prostu chciałem iść na żużel.
Jako nastolatek biegałem praktycznie na wszystkie zawody i treningi miejscowej drużyny. Krosno nie jest wielkie, więc dźwięk motocykli z toru na Legionów słychać było niemal w każdej części miasta. Potrafiliśmy godzinami wisieć na płocie parku maszyn i podglądać zawodników w boksach, a raczej w parkingu, bo tych wtedy jeszcze nie było. Na zawody przychodziliśmy często trzy–cztery godziny wcześniej.
Co ciekawe, wiele z tych przyzwyczajeń zostało mi do dziś. Nadal zaczynam dzień żużlowy od sprawdzenia pogody za oknem, tylko teraz patrzę na nią pod kątem podejmowania decyzji dotyczących rozegrania zawodów. Podobnie z przychodzeniem wcześniej na stadion — dziś, już jako sędzia, regulaminowo jestem do tego zobowiązany.
Później wyjechałem do Anglii, gdzie przez pewien czas mieszkałem. Tam żużel można było poznać z zupełnie innej perspektywy — był bardzo łatwy dostęp do zawodników i parków maszyn, a kontakt z tym sportem był bezpośredni. Wtedy postanowiłem sobie, że jeśli kiedyś wrócę do kraju, zrobię wszystko, by być jak najbliżej żużla. W 2016 roku wróciłem do Polski, a w 2017 już byłem praktykantem sędziego żużlowego.
Czy pamięta Pan swój pierwszy mecz w roli sędziego? Jakie emocje wtedy dominowały?
— Tak, pamiętam bardzo dokładnie. Był to rok 2020, a w Polsce odbywało się wtedy niewiele zawodów, zwłaszcza młodzieżowych, ze względu na pandemię. Moimi pierwszymi samodzielnymi zawodami była jedna z rund DMPJ w Łodzi. Zapadły mi w pamięć ze względu na jedno zdarzenie — jeden z młodych zawodników biegł ze zdefektowanym motocyklem i tuż przed przekroczeniem mety jego maszyna zapaliła się żywym ogniem. Zawodnik ukończył wyścig i zdobył należne mu punkty. Na szczęście służby zareagowały natychmiast i nic poważnego się nie stało.
W pamięć zapadł mi także moment, kiedy jako praktykant miałem okazję po raz pierwszy puścić bieg żużlowy — wtedy jeszcze „z palca” — podczas eliminacji Srebrnego Kasku w Rzeszowie. Sędzią tych zawodów był Piotr Lis, którego serdecznie pozdrawiam. To były moje pierwsze kroki, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że sędziowanie to coś, czym chcę zajmować się na poważnie.
Co było najtrudniejsze na początku sędziowskiej kariery?
— Na początku bardzo często sięgałem do regulaminu, żeby upewnić się, że wszystko robię prawidłowo — czy wykluczenie zawodnika ma właściwy paragraf, czy start na chorągiewkę przebiega zgodnie z procedurą. Raz miałem taką sytuację na zawodach młodzieżowych w Krośnie.
Jest to bardzo ważne, bo każdy błąd może nieść konsekwencje dla zawodników, przebiegu zawodów czy wyniku. Dziś, po kilku latach, nadal zaglądam do tego samego regulaminu, jednak wiele rzeczy wykonuję już automatycznie. Wciąż jednak mam świadomość, że doświadczenie nie zwalnia z czujności, bo każdy bieg jest inny i wymaga pełnej koncentracji.
Jak wygląda przygotowanie sędziego do meczu żużlowego — przed zawodami i po ich zakończeniu?
— Tydzień meczowy zaczyna się od komunikatu podmiotu zarządzającego. Wtedy dowiaduję się, czy jadę na zawody, a jeśli tak, to na jakie. Od tego momentu śledzę prognozy pogody. Staram się także obejrzeć ostatnie zawody na danym torze, żeby zobaczyć przygotowanie nawierzchni, sposób wykonywania kosmetyki toru czy tempo zawodów.
Jeżeli odległość do stadionu jest większa niż 200 kilometrów, mam obowiązek stawić się w hotelu dzień wcześniej. Sprawdzam dokumenty i licencje zawodników, często kontaktuję się z komisarzem toru, by poznać warunki panujące na obiekcie. W tym miejscu chciałbym serdecznie podziękować mojej żonie za wyrozumiałość — podczas każdego takiego wyjazdu zostaje sama w domu z trójką dzieci.
Na stadion przyjeżdżam zwykle 4,5–5 godzin przed meczem ligowym w rundzie zasadniczej, a w rundzie finałowej nawet osiem godzin wcześniej. Podczas obchodu toru słucham uwag komisarza toru, kierownika zawodów, toromistrza, trenerów i kierowników drużyn. Przy dobrej pogodzie częściej zgłaszają je goście, przy trudnych warunkach gospodarze. Trzeba uważnie słuchać, ale decyzję podejmuje sędzia — i to on bierze odpowiedzialność za bezpieczeństwo zawodników oraz przebieg zawodów.

Jakie cechy są Pana zdaniem najważniejsze w pracy arbitra żużlowego?
— Najważniejsze są koncentracja i spokój. Trzeba być w pewnym sensie poza emocjami, presją i chaosem, który towarzyszy meczowi. Do tego niezbędna jest pokora — nie można być „ura bura mistrz podwóra”. Nasze decyzje muszą być sprawiedliwe i odpowiedzialne.
Jak radzi Pan sobie z presją i emocjami na stadionie, zwłaszcza przy pełnych trybunach?
— Emocje staram się zostawiać jeszcze w samochodzie, gdy parkuję pod stadionem, żeby nie wchodziły ze mną na tor. Czasami udaje się to lepiej, czasami gorzej, ale dzięki temu mogę podejmować decyzje spokojnie i w pełnym skupieniu.
Zdarza się, że popełnimy błąd i mamy tego świadomość jeszcze stojąc na wieży. Wówczas największą sztuką jest odrzucenie myśli z tym związanych, bo jedzie kolejny bieg i ta wcześniejsza sytuacja nie może zaprzątać nam głowy.
Jaka była najtrudniejsza lub najbardziej kontrowersyjna decyzja, jaką musiał Pan podjąć?
— Wierzę, że ta dopiero nadejdzie — oby jak najpóźniej.
Jak często po meczu wraca Pan myślami do spornych sytuacji?
— Praca sędziego wiąże się z tym, że błędne decyzje również się pojawiają. Czasem wracam do biura zawodów usatysfakcjonowany, że wszystko poszło dobrze, a dopiero tam dociera do mnie, że coś nie zagrało idealnie. Najlepszym miernikiem poprawności decyzji jest cisza w samochodzie — jeśli wracam do domu i nikt do mnie nie dzwoni, to „wiedz, że coś się dzieje”.
Jak sędzia „czyści głowę” po trudnych zawodach?
— Dobry sen i skupienie się na zupełnie innych obowiązkach. Trzeba dać głowie odpocząć i pozwolić myślom pójść w innym kierunku.
Czy był zawodnik, z którym miał Pan najwięcej „utarczek” na torze?
— Zdarzają się pytania od zawodników po zawodach — dlaczego taka decyzja, a nie inna. Podczas trwania biegu najważniejsze są dla nas kolory kasków. Każdy bieg wymaga pełnej koncentracji i spokoju. Nie mam zawodników, z którymi miałbym szczególnie częste „utarczki”.
Którego zawodnika zapamiętał Pan najbardziej?
— Jak na rodowitego krośnianina przystało — oczywiście Laszlo Bodi.
Czy są żużlowcy, którzy szczególnie często dyskutują z decyzjami sędziów?
— Są tacy zawodnicy, ale zwykle te dyskusje mają miejsce pod wpływem emocji tuż po zakończeniu zawodów. Spotykamy się tydzień później i albo nie ma tematu, albo wracamy do niego w luźnej, często żartobliwej rozmowie.
Czy zawodnicy lub trenerzy próbują „rozmawiać” z sędzią jeszcze przed meczem?
— Rozmawiamy bardzo dużo, spędzamy ze sobą kilka godzin przed meczem. W większości przypadków atmosfera jest przyjazna, choć zdarzają się emocje. Kluczowy jest wzajemny szacunek.
Czy łatwiej sędziować juniorów czy seniorów?
— Juniorów sędziuje się trudniej. Zawody młodzieżowe trwają dłużej, więcej biegów jest powtarzanych, a zdarzenia bywają bardzo zaskakujące. Do tego brak telewizji i powtórek.
Jak sędzia powinien reagować na gwiazdy ligi?
— Tak samo jak na każdego innego zawodnika. Szacunek należy się wszystkim jednakowy. To bardzo niebezpieczny sport, wymagający ogromnej odwagi.
Czy gwiazdy powinny być forowane?
— Absolutnie nie. To sport i nie ma w nim miejsca na jakiekolwiek przywileje.
Czy ma Pan ulubione stadiony?
— Tak, szczególnie te, gdzie kluby wykazują się profesjonalizmem.
Które obiekty są najtrudniejsze z perspektywy arbitra?
— Tam, gdzie organizacja nie spełnia oczekiwań. Wolałbym nie wskazywać konkretnych miejsc.
Co sprawia, że tor staje się problematyczny?
— Pogoda. Bardzo wiele decyzji trzeba podejmować, patrząc w niebo i prognozy.
Jak duży wpływ na pracę sędziego ma publiczność?
— Stosunkowo niewielki. Sędzia musi się wyłączyć z atmosfery stadionu — dopóki jest ona sportowa.
Czy obecne przepisy wystarczająco dbają o bezpieczeństwo zawodników?
— To pytanie można będzie zadawać do końca żużla i o jeden mecz dłużej. Niestety, jest to bardzo niebezpieczny sport i nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkich potencjalnych zdarzeń. Uważam, że zrobiono ogromny krok do przodu w kwestii bezpieczeństwa na żużlu w ostatnich latach. Cały czas te prace postępują i co rok dochodzą nowe wymagania związane stricte z bezpieczeństwem.
Komisarze techniczni również w znacznym stopniu przyczyniają się, aby sprzęt i wyposażenie zawodników spełniały wymogi regulaminów, także te związane z bezpieczeństwem.
Jak ważna jest współpraca z komisarzem toru i lekarzem zawodów?
— Komisarz toru jest można powiedzieć naszym przedstawicielem tam na torze i w parku maszyn, podczas gdy my pełnimy swoją funkcje na wieży. To z nim mamy łączność przez całe zawody, to z nim konsultujemy nasze decyzje co do kosmetyki toru, to on nam przekazuje co dzieje się w parku maszyn, w końcu to również on swoją pracą i zaangażowaniem pomaga nam przeprowadzić zawody bezpieczne i sprawnie. Bardzo doceniam pracę tych osób.
Jeśli chodzi o lekarza to działa on autonomicznie i jego decyzje co do zdolności zawodników do dalszej jazdy są ostateczne i niepodważalne.

Czy żużel bardzo się zmienił na przestrzeni lat?
— Zmienia się, czasami nawet za bardzo. Na szczęście polski żużel trzyma się bardzo dobrze.
Jak wygląda droga awansu sędziego?
— Po zdaniu egzaminu zaczyna się od zawodów młodzieżowych. Z czasem przychodzą nominacje na zawody ligowe. U mnie trwa to sześć lat i wierzę, że to jeszcze nie szczyt.
Czy sędziowie są dziś wystarczająco chronieni?
— Hejt się zdarza, ale trzeba umieć go przyjąć. Czasem mam wrażenie, że zapomina się, iż na wieży stoi człowiek.
Czy ma Pan mecz, który zapamięta Pan do końca życia?
— Wciąż na niego czekam. Chciałbym, żeby był to mecz bez kontuzji, ale z dużą ilością dobrego żużla.
Co daje Panu największą satysfakcję w tej pracy?
— Uczestnictwo w widowisku i bycie blisko sportu, który kocham od dzieciństwa.
Czy żużel nadal Pana ekscytuje?
— Zdecydowanie tak. Dziś patrzę na niego inaczej, ale gdy ktoś jedzie pod bandą i wyprzedza rywali, nadal mam ochotę wstać i bić brawo.
Co najbardziej denerwuje sędziego podczas zawodów?
— Zła organizacja po stronie klubu. Jeśli wszystko działa jak należy, wiele problemów po prostu się nie pojawia.
Gdyby mógł Pan zmienić jedną rzecz w przepisach, co by to było?
— Nie mam jednej konkretnej rzeczy. Przepisy ewoluowały przez lata i dziś kluczowa jest ich właściwa interpretacja.
Na koniec — czy poleciłby Pan sędziowanie żużla innym?
— Zdecydowanie tak. To trudna, ale wspaniała przygoda. Obecnie trwa nabór na sędziów żużlowych — zapraszam wszystkich, którzy kochają ten sport.

Dodaj komentarz