Raport z NBA 19.04 – 20.04.2026

Boston Celtics – Philadelphia 76ers 123 – 91

W Bostonie kibice długo czekali na ten moment – i w Game 1 dostali dokładnie to, czego oczekiwali. Boston Celtics pewnie pokonali Philadelphia 76ers 123:91, obejmując prowadzenie w serii i wysyłając jasny sygnał: są gotowi na play-offy.

Największą historią wieczoru był powrót Jaysona Tatuma, który rozegrał swój pierwszy mecz w fazie playoff od czasu zerwania ścięgna Achillesa w poprzednim sezonie. Lider Celtics wyglądał, jakby nie miał żadnej przerwy – 25 punktów, 11 zbiórek i 7 asyst, a do przerwy już 21 „oczek”. To był dopiero jego 17. występ w sezonie, ale na parkiecie w ogóle tego nie było widać.

Sam Tatum tonował jednak nastroje: „Wciąż przechodzę rehabilitację. Codziennie nad nią pracuję, poza dniami wolnymi… Nadal staram się stopniowo wracać na pełne obroty.” – czyli w wolnym tłumaczeniu: forma jest, ale proces rehabilitacji wciąż trwa.

Solidne wsparcie zapewnił Jaylen Brown (26 punktów), a swoje minuty dobrze wykorzystał także Neemias Queta, dokładając 13 punktów. Boston grał szeroką rotacją – aż 12 zawodników pojawiło się na parkiecie — i od początku narzucił tempo, którego Philadelphia nie była w stanie złapać.

Celtics nie przegrywali ani przez moment, a ich przewaga urosła nawet do 35 punktów. Kluczem była skuteczność zza łuku – aż 16 trafionych trójek – oraz kontrola gry po obu stronach parkietu. Jak podkreślił Brown: „To była koszykówka Celtics. Przez cały rok byliśmy zespołem, który gra ciężej niż rywale. To nie może się zmienić teraz, kiedy zaczęły się play-offy .”

Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja po stronie gości. Tyrese Maxey zdobył 21 punktów i miał 8 asyst, ale przez większość meczu był skutecznie ograniczany przez defensywę Bostonu. W pierwszej połowie Celtics kontestowali aż 12 z jego 14 rzutów, a cały mecz zakończył na 8/20 z gry.

Philadelphia musiała radzić sobie bez Joela Embiida, który wciąż wraca do zdrowia po operacji wyrostka robaczkowego. Jego brak był aż nadto widoczny – szczególnie w obronie podkoszowej, gdzie rezerwowi szybko złapali problemy z faulami, otwierając Celtics drogę do łatwych punktów spod kosza. Nieoficjalnie wiadomo, że Embiid raczej nie wróci na serię z Bostonem.

Paul George dorzucił 17 punktów, a V. J. Edgecombe 13, ale to było zdecydowanie za mało. Drużyna trenera Nick Nurse trafiła zaledwie 4 z 23 rzutów za trzy, a do przerwy przegrywała już 64:46 – najwyżej w meczu play-off przeciwko Bostonowi od… 1982 roku.

Szkoleniowiec Sixers nie gryzł się w język: „Po prostu nie zrobiliśmy wystarczająco dużo po obu stronach parkietu, żeby wejść w rytm meczu” i określił występ swojej drużyny jako „absolutnie nieakceptowalny”.

Już pierwsza kwarta ustawiła ton spotkania – 10 punktów Tatuma, efektowny wsad z dwóch rąk i prowadzenie 33:18. Od tego momentu Celtics tylko kontrolowali wydarzenia na parkiecie, a każda próba powrotu gości była szybko gaszona.

Game 2 już we wtorek — i dla 76ers to będzie coś więcej niż tylko kolejny mecz. To test, czy są w stanie odpowiedzieć bez swojego MVP i znaleźć sposób na rozpędzony Boston, który na razie wygląda jak drużyna z zupełnie innej półki.

OKC – Phoenix Suns 119 – 84

Game 1 tej serii od początku zapowiadał się dla Phoenix Suns jako trudna próba – szybki powrót po turnieju play-in i od razu starcie z Oklahoma City Thunder, czyli jedną z najbardziej zdyscyplinowanych defensyw w lidze. Efekt? Niedziela, która szybko wymknęła się spod kontroli.

Thunder nie pozostawili złudzeń i wygrali 119:84, pewnie broniąc własnego parkietu.

Plan Suns był prosty w teorii, ale brutalny w realizacji: wygrać „marginalne” elementy gry. W praktyce Oklahoma City zgarnęło niemal wszystko, co było do wygrania. Najbardziej bolesne były dwie kategorie – straty i liczba rzutów.

OKC nie było w sezonie regularnym drużyną, która żyje z ofensywnych zbiórek, ale w Game 1 właśnie tam zrobiła różnicę. 19 zbiórek w ataku i wymuszone 19 strat Suns przełożyły się na kontrolę tempa i posiadania. A przeciwko ekipie, która w transition jest jedną z najbardziej zabójczych w lidze, to właściwie wyrok w zawieszeniu.

Suns zostali zamknięci do zaledwie dwóch punktów z szybkiego ataku. Thunder konsekwentnie spowalniali grę, zmuszając Phoenix do ataku pozycyjnego – tam, gdzie każdy błąd kosztuje podwójnie.

Do tego dochodzi jeszcze jeden, często niedoceniany element: Oklahoma City po prostu nie oddaje piłki. W całym meczu tylko sześć strat na 93 posiadania. To nie jest drużyna, która sama się „pokona”. Jeśli Suns chcą wrócić do tej serii, muszą wymusić chaos – problem w tym, że OKC robi wszystko, by chaos generować… ale tylko po stronie rywala.

Devin Booker rozpoczął swój 10. występ w play-offach w barwach Phoenix jako lider ofensywy – 23 punkty przy 8/17 z gry. Momentami próbował brać ciężar gry na siebie, ale brakowało wsparcia i płynności.

Dużym ciosem dla Suns była kontuzja Jordana Goodwina, który opuścił parkiet już w pierwszej kwarcie z powodu bólu w lewej łydce i nie wrócił do gry. To strata, która uderza w rotację i energię po obu stronach parkietu.

Po stronie Thunder faworyt do MVP sezonu regularnego Shai Gilgeous-Alexander miał nietypowo nierówne zawody – tylko 5/18 z gry – ale i tak zrobił swoje: 17 wizyt na linii rzutów wolnych i pełna kontrola rytmu meczu. Nawet gdy nie trafiał, dyktował warunki.

Suns mają teraz chwilę, żeby odetchnąć, przeanalizować swój występ i spróbować znaleźć odpowiedzi. Game 2 w Oklahoma City już w środę.

Jak podkreślił trener Jordan Ott po meczu, to moment na reakcję, którą Phoenix pokazywało już w tym sezonie: wyczyścić głowę, wyciągnąć wnioski i spróbować zaskoczyć OKC w drugim meczu.

Orlando Magic – Detroit Pistons 112 – 101

Orlando Magic zrobili dokładnie to, co trzeba w play-offach – i dorzucili jeszcze coś ekstra. Efekt: wyjazdowe zwycięstwo 112:101 nad Detroit Pistons w Game 1 pierwszej rundy w Little Caesars Arena.

Mecz był fizyczny, momentami chaotyczny, z seriami gospodarzy napędzanymi przez publiczność. Ale Magic nie stracili kontroli. Przetrwali momenty kryzysowe i w czwartej kwarcie domknęli spotkanie kilkoma kluczowymi akcjami, obejmując prowadzenie w serii 1-0.

– „Duch rywalizacji, który ci zawodnicy pokazali na początku meczu, umiejętność przebijania się przez serie punktowe rywala, a w końcówce zachowanie opanowania i świadomość, że nie zawsze wszystko będzie szło po naszej myśli” – mówił trener Jamahl Mosley. – „Nasi zawodnicy bardzo dobrze wykonali swoją pracę, jednocząc się i komunikując to, co widzieli — zarówno w ataku, jak i w obronie …

Największa różnica? Gra w „pomalowanym” – Orlando wygrało ten element 54-34, mimo że Detroit było numerem 1 w lidze w regular season. Do tego Magic ograniczyli Pistons do 6 ofensywnych zbiórek i wymusili 12 strat, sami dorzucając 11 przechwytów i 23 punkty z szybkiego ataku.

Detroit trzymało się głównie dzięki rzutom wolnym (29/38), ale z gry było już dużo gorzej: 40% z pola i 31% za trzy.

Po stronie Magic punktował każdy segment rotacji. Paolo Banchero skończył z 23 punktami, Franz Wagner miał 19, Desmond Bane (grający mimo choroby) i Wendell Carter Jr. dorzucili po 17, a Jalen Suggs 16. Orlando rzucało na 49% z gry i rozkładało odpowiedzialność równomiernie.

Kluczowy moment? Środek czwartej kwarty. Pistons zbliżyli się na cztery punkty, ale trójka Tristana da Silvy i szybka akcja Cartera po asyście Bane’a ustawiły mecz na +9 dla Orlando i zamknęły emocje.

„Być po prostu agresywnym,” – mówił Banchero. – „…chłopaki napędzają się nawzajem swoją energią …”

Ale prawdziwa różnica była po bronionej stronie parkietu. Magic ograniczyli Detroit do 31% za trzy i zmusili do gry praktycznie jedną opcją ofensywną – Cade Cunningham zdobył 39 punktów, reszta była tłem (Tobias Harris 17, nikt więcej w dwucyfrowce). Jalen Duren totalnie niewidoczny, zakończył mecz z 8 punktami i 7 zbiórkami i oddał tylko 4 rzuty…

Dla Orlando to pierwsze wyjazdowe zwycięstwo w play-offach od 2019 roku (nie licząc „Bańki”). Teraz prowadzą 1-0 i wyglądają jak drużyna, która dokładnie wie, co chce zrobić w tej serii. Szok.

Game 2 w środę w Detroit. I jeśli Pistons chcą odpowiedzieć, będą musieli znaleźć coś więcej niż tylko wolne Cunninghama – bo Magic już pokazali, że potrafią odebrać im wszystko inne.

San Antonio Spurs – Portland Trail Blazers 111 – 98

Dopiero co zakończył się pojedynek SAS z Portland. Starcie Wembanyamy z Avdiją wygrał ten młodszy i wyższy. Victor zdobył 35 punktów i zapewnił Spurs pierwsze zwycięstwo na własnym terenie. Meczu jeszcze nie widzieliśmy – dlatego zdamy z niego relację na naszym kanale Youtube dzisiaj wieczorem gdzie zapraszamy Was na kolejny odcinek podcastu BasketEdge Podcast. Link do pierwszego odcinka gdzie rozmawialiśmy o zasadzie 65 meczów oraz rozdaliśmy nagrody indywidualne poniżej:

Jeśli chcesz poznać więcej treści od tego autora kliknij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *