Przebudzenie Hardena i wygrana Cavs. Thunder powoli kończą serię z Lakers.

Cleveland Cavaliers – Detroit Pistons 116:109 (2:1 w serii dla Detroit)

Cleveland Cavaliers wrócili do gry w półfinale Konferencji Wschodniej. Drużyna Kenny’ego Atkinsona pokonała na wyjeździe Detroit Pistons 116:109 w trzecim meczu serii, zmniejszając straty do 1:2. Bohaterami gości byli Donovan Mitchell oraz James Harden, który w końcówce przypomniał wszystkim, dlaczego mimo lat wciąż należy do ścisłej elity NBA.

Przed spotkaniem wiele mówiło się o Hardenie. W dwóch pierwszych meczach był cieniem samego siebie – tracił piłki, pudłował ważne rzuty i miał problemy w defensywie. Krytycy już ostrzyli sobie zęby, bo przecież narracja o Hardenie „zawodzącym w play-offach” wraca regularnie niczym świąteczna reklama Coca-Coli. W ostatnim odcinku naszego Basketedge Podcast nazwałem Hardena pierdołą no i stało się. 36 letni Broda odpowiedział najlepiej jak potrafił – na parkiecie.

Pierwsze minuty należały do Detroit. Pistons szybko odskoczyli na siedem punktów przewagi po trudnych trafieniach Cade’a Cunninghama i Duncana Robinsona zza łuku. Cavaliers nie spanikowali. Donovan Mitchell błyskawicznie przejął kontrolę nad ofensywą i zaczął regularnie rozrywać defensywę gospodarzy wejściami pod kosz. W pierwszej kwarcie zarówno on, jak i Jarrett Allen zdobyli po dziewięć punktów, a Cleveland po 12 minutach prowadziło minimalnie różnicą dwóch „oczek”.

Druga odsłona była popisem gości. Cavaliers wchodzili pod kosz Pistons jak do osiedlowego sklepu tuż przed zamknięciem – bez większego oporu. Mitchell całkowicie kontrolował tempo gry, a Detroit nie potrafiło zatrzymać jego penetracji. Cleveland trafiało seryjnie spod samej obręczy i do przerwy miało aż 14 punktów przewagi.

Mitchell zakończył pierwszą połowę z dorobkiem 20 punktów, ale równie ważne było to, jak kreował partnerów. Evan Mobley zaczął znajdować miejsce w ofensywie, Jarrett Allen dominował fizycznie pod koszem, a defensywa Cavaliers skutecznie odcinała Pistons od łatwych punktów. Po dwóch celnych trójkach na początku meczu Detroit spudłowało kolejnych 12 prób zza łuku.

Erik DrostCC BY 2.0, via Wikimedia Commons

Po przerwie obraz spotkania całkowicie się zmienił. Pistons przeszli na agresywniejsze krycie przy zasłonach i nagle ofensywa Cleveland zaczęła się zacinać jak stary komputer próbujący odpalić Windowsa XP. Gospodarze odzyskali energię, zaczęli wymuszać straty i błyskawicznie odrabiali straty.

Cunningham ponownie pokazał, dlaczego jest liderem Detroit. Napędzał kontrataki, regularnie atakował obręcz i po trzeciej kwarcie przewaga Cavs stopniała do zaledwie dwóch punktów. Pistons wygrali tę część gry 33:19 i przed ostatnią kwartą wszystko było otwarte.

Końcówka była typowa dla playoffs – dużo fizyczności, nerwów i pojedynczych akcji decydujących o losach meczu. Na dwie i pół minuty przed końcem na tablicy widniał remis. Wtedy wydarzyło się coś, czego wielu się po Hardenie nie spodziewało.

Najpierw Cade Cunningham popełnił trzy straty z rzędu, a Cavaliers zamienili je na łatwe punkty. Chwilę później stery przejął Harden. Weteran zdobył punkty w trzech kolejnych akcjach, a gwoździem do trumny Pistons okazała się jego trójka nad Tobiasem Harrisem na 26 sekund przed końcem. Rzut był brutalny – taki, po którym obrońca ma ochotę sprawdzić, czy hala ma wyjście ewakuacyjne.

Mitchell zakończył spotkanie z 35 punktami, 10 zbiórkami i czterema asystami. Harden zdobył 19 punktów, z czego dziewięć w czwartej kwarcie, dodając siedem asyst i przechwyt. Jarrett Allen dołożył 18 punktów, a Evan Mobley 13 punktów i osiem zbiórek.

Po stronie Pistons Cunningham zanotował triple-double na poziomie 27 punktów, a Tobias Harris dorzucił 21 „oczek”.

Po meczu sporo mówiło się właśnie o Hardenie. Jeszcze kilka dni temu był symbolem play-offowych rozczarowań, ale w Game 3 pokazał drugą twarz – zawodnika, który mimo wieku i krytyki nadal potrafi wziąć odpowiedzialność za wynik. Jak przyznał sam koszykarz, wszystko sprowadza się do pracy i powtarzalności.

To coś, nad czym pracuję każdego dnia. Powtarzasz te same akcje, budujesz pewność siebie, a potem po prostu wychodzisz i robisz swoje – powiedział Harden.

Cleveland złapało kontakt w serii i odzyskało oddech. Pistons nadal prowadzą 2:1, ale po takim meczu Cavaliers wysłali jasny sygnał: ta rywalizacja jest jeszcze bardzo daleka od końca.

Oklahoma City Thunder – Los Angeles Lakers 131:108 (3:0 w serii dla OKC)

Koszykarze Oklahoma City Thunder są już jedną nogą w finale Konferencji Zachodniej. W trzecim meczu półfinałowej serii NBA Thunder rozgromili Los Angeles Lakers 131:108 i objęli prowadzenie 3:0, praktycznie nie pozostawiając rywalom złudzeń.

Człowiek niby wiedział ale się łudził…

Przez pierwszą połowę gospodarze z Los Angeles jeszcze dotrzymywali kroku najlepszej drużynie sezonu. Lakers schodzili do szatni z minimalną przewagą i mogli wierzyć, że wreszcie znajdą sposób na rozpędzoną ekipę z Oklahomy. Problem polegał jednak na tym, że historia tej serii po raz kolejny napisała się po przerwie.

Thunder weszli w trzecią kwartę jak huragan. Świetna defensywa, błyskawiczne przejścia do ataku i bezlitosne wykorzystywanie strat Lakers kompletnie odmieniły obraz spotkania. Oklahoma zdobyła aż 14 punktów po stratach rywali tylko w trzeciej odsłonie, trafiała z niemal 60-procentową skutecznością i momentalnie zbudowała dwucyfrową przewagę.

Symbolem problemów Lakers był fatalny fragment Austina Reavesa. Rozgrywający gospodarzy popełnił trzy straty w samej trzeciej kwarcie i nie potrafił znaleźć rytmu w ofensywie. Cały zespół z Los Angeles rozsypał się dokładnie wtedy, gdy Thunder wrzucili najwyższy bieg.

Osobnym tematem jest postawa Deandre Aytona, którego moim zdaniem Lakers powinni pogonić w cholerę po zakończonym sezonie. Jako fan Lakers nie mogę patrzeć na tego chłopa…

A jeśli chodzio Oklahomę? Kolejnym bohaterem został niespodziewanie Ajay Mitchell. Rezerwowy rozegrał najlepszy mecz playoffowy w karierze, zdobywając 24 punkty i notując 10 asyst. Aż 18 punktów rzucił po przerwie, kompletnie rozrywając defensywę Lakers. Świetnie wspierali go także Shai Gilgeous-Alexander, który zakończył mecz z 23 punktami i dziewięcioma asystami, oraz Chet Holmgren, autor 18 punktów i dziewięciu zbiórek.

Thunder po raz kolejny pokazali największy atut tej drużyny – niesamowitą głębię składu. Jednego wieczoru błyszczy Shai, innego Cason Wallace, a teraz serię przejął Mitchell. Trener Mark Daigneault może rotować składem praktycznie bez utraty jakości, co w tej serii robi gigantyczną różnicę.

Po drugiej stronie coraz wyraźniej widać bezradność Lakers. LeBron James zdobył tylko 19 punktów przy słabej skuteczności 7/19 z gry. Rui Hachimura był najlepszym strzelcem gospodarzy z dorobkiem 21 punktów, ale to zdecydowanie za mało, by zagrozić rozpędzonej Oklahomie. Brak Luki Dončica dodatkowo obnażył ograniczenia rotacji Lakers.


Trener JJ Redick po meczu nie owijał w bawełnę.

Skopali nam tyłki trzy mecze z rzędu. To niesamowita drużyna – przyznał szkoleniowiec Lakers.


I trudno się z nim nie zgodzić. Thunder wygrali już siedem kolejnych meczów w tych playoffach i wyglądają jak perfekcyjnie naoliwiona maszyna. Są szybsi, głębsi i bardziej fizyczni od Lakers, a każdy kolejny mecz tej serii tylko to potwierdza.

Los Angeles stoi teraz nad przepaścią. W historii NBA żadna drużyna nie odrobiła strat z 0:3, a patrząc na przebieg tej serii, trudno uwierzyć, że Lakers będą w stanie zatrzymać Thunder choćby na jeden wieczór.

Oklahoma jest o jedno zwycięstwo od awansu do finału Zachodu – i wygląda na to, że nikt w lidze nie ma dziś odpowiedzi na ich koszykówkę.

Jeśli chcesz poznać więcej treści od tego autora kliknij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *