Przypadki Giannisa Antetokounmpo w Milwaukee i Nikoli Jokicia w Denver pokazują pewien paradoks: supergwiazdor może być wystarczająco dobry, żeby doprowadzić „małą” organizację do mistrzostwa, ale znacznie trudniej jest zbudować wokół niego drużynę zdolną robić to regularnie. Przez lata NBA pokazywała, że do zdobycia mistrzostwa potrzebny jest przede wszystkim wielki zawodnik. Michael Jordan, LeBron James, Kobe Bryant, Tim Duncan, Stephen Curry — lista jest długa. Współczesna liga stawia jednak przed tymi zawodnikami dodatkowy problem: sam wielki gracz już nie wystarcza.
Giannis doprowadził Milwaukee Bucks do mistrzostwa w 2021 roku. Jokić zrobił to samo z Denver Nuggets w 2023. Shai Gilgeous-Alexander dokonał tego w 2025. Wszyscy trzej udowodnili, że można zbudować mistrzowską drużynę wokół jednego wybitnego zawodnika, nawet jeśli nie gra on w Los Angeles, Nowym Jorku, Miami czy Bostonie.
Ale pojawia się fundamentalne pytanie: Czy w obecnej NBA można zbudować wokół jednej supergwiazdy organizację zdolną zdobywać trzy, cztery czy pięć tytułów? I tutaj odpowiedź staje się zdecydowanie bardziej skomplikowana.
Milwaukee miało, a Denver ma cały czas ogromną przewagę, której nie da się przecenić — zawodnika zdolnego samodzielnie zmieniać poziom drużyny. OKC ma takiego gracza w osobie SGA.
Giannis był w Bucks jednocześnie elitarnym obrońcą i graczem, który mógł zdominować mecz fizycznością. Jokić natomiast jest ofensywnym systemem samym w sobie. Dzięki takim zawodnikom „mała” organizacja nie musi zaczynać budowy od zera.

Kiedy jednak masz w zespole supergwiazdę to musisz ją jakoś obudować. Musisz takiemu Giannisowi znaleźć odpowiednich partnerów, musisz ich wkomponować do teamu, zapłacić odpowiednie pieniądze. Musisz to zrobić w ramach salary cap jednocześnie przewidując starzenie się zawodników, reagować na potencjalne kontuzje a przede wszystkim co roku szukać nowych rozwiązań.
Milwaukee potrzebowało lat, żeby dojść na szczyt. W 2021 roku Bucks zdobyli mistrzostwo, a Giannis rozegrał jeden z najbardziej pamiętnych finałów w historii NBA. Ale zdobycie pierwszego pierścienia nie oznacza automatycznie początku dynastii. Wręcz przeciwnie — po mistrzostwie organizacja musi utrzymać poziom, podczas gdy reszta ligi zaczyna szukać sposobu na jej pokonanie. A małe organizacje mają mały margines błędu. Jeżeli Los Angeles albo Nowy Jork popełni błąd kadrowy, mogą próbować go naprawić pieniędzmi, atrakcyjnością rynku, prestiżem organizacji czy zainteresowaniem zawodników. Nikt mi nie powie, że w Los Angeles nie jest łatwiej zbudować drużyny niż w takim Memphis, Denver, Milwaukee czy Utah. Organizacje z tych rynków mają dużo mniej skutecznych narzędzi do budowy mistrzowskiego składu. A jednak to robią. Musi się jednak pojawić ten jeden supergwiazdor. To totalne must have żeby w ogóle myśleć o tytule.
Jokić jest być może najlepszym przykładem. Denver zdobyło mistrzostwo w 2023 roku. Jokić był fenomenalny, Nuggets mieli świetnie skonstruowany skład, a wszystko zadziałało w odpowiednim momencie. Ale NBA nie jest ligą, w której po zdobyciu mistrzostwa można po prostu powiedzieć: „mamy świetny skład, więc za rok spróbujemy ponownie”. Konkurencja się zmienia. Kontrakty rosną, młodzi gracze zaczynają żądać coraz większych pieniędzy. Ostatni przykład – OKC, zaraz San Antonio stanie przed podobnymi wyzwaniami. Na koniec system finansowy NBA coraz mocniej karze drużyny, które przez lata utrzymują bardzo drogi skład. I właśnie dlatego mówi się, że utrzymanie mistrzowskiego poziomu może być trudniejsze niż samo zdobycie pierwszego tytułu.
Czas – to moim zdaniem najciekawszy element całej dyskusji. Każda drużyna w obecnej NBA uzbrojona w swoją supergwiazdę ma swoje „okno”. Jokić miał określony moment kariery. Giannis również. Każdy kolejny sezon zwiększa ryzyko kontuzji, spadku fizyczności albo po prostu tego, że konkurencja znajdzie sposób na ograniczenie danego zawodnika. Podobnie będzie według mnie z Wembym. Dlatego mała organizacja musi trafić niemal idealnie. Nie wystarczy mieć najlepszego zawodnika. Trzeba mieć najlepszego zawodnika w odpowiednim momencie, odpowiednich partnerów, odpowiednie kontrakty i odpowiednią głębię składu oraz utrzymać zdrowie kluczowych postaci w kluczowym momencie sezonu jakim są finały NBA. To ogromna liczba zmiennych. Dlatego wielu legendarnych zawodników nigdy nie zdobyło tytułu. I ponownie Nikola Jokić jawi mi się tutaj jako przykład idealny. Jokić może być najlepszym koszykarzem na świecie. A mimo to Denver jak widzimy nie jest organizacją zdolną do stworzenia dynastii. To nie jest sprzeczność. Możesz mieć zawodnika na poziomie Jordana i nadal nie mieć zespołu na poziomie Bulls z lat 90. Możesz mieć Jokicia i nie mieć drużyny zdolnej co roku wygrywać z najlepszymi zespołami ligi. Wystarczy kontuzja trzeciej opcji drużyny (Aaron Gordon), słabsza forma opcji numer dwa (Jamal Murray) i możesz pomarzyć o kolejnym tytule. Na temat Oklahomy City Thunder mówiło się, że to jest ta drużyna, że to oni będą teraz zdobywać seryjnie tytuły. Wystarczył uraz JDuba i jak się skończyło wszyscy widzieliśmy. Poziom w obecnej NBA jest tak wyrównany, że o mistrzostwie decydują niuanse.

Czy „małe” organizacje mają więc szansę na więcej niż jeden tytuł? Tak. Ale prawdopodobieństwo jest zdecydowanie mniejsze. I być może właśnie dlatego ostatnie lata są tak interesujące. Giannis i Jokić pokazali, że nie trzeba grać na wielkim rynku, żeby zostać mistrzem NBA. Nie pokazali natomiast jeszcze, że można w takim miejscu zbudować trwałą dynastię. Zresztą, Shai Gilgeous-Alexander to jak na razie kolejny świetny przykład.
Patrząc na ostatnią dekadę w NBA czasy wielkich dynastii minęły. Prawda Panie Wembanyama?
Zdjęcie główne: Sport klub, Srpske Novine

Dodaj komentarz