Podlaski Moneyball: Jak Białystok nauczył się zarabiać na piłce

W polskiej piłce od lat obowiązywał pewien niepisany dogmat: żeby naprawdę zarabiać, trzeba mieć bogatego właściciela, który pompuje kasę w klub. Albo finansowanie z miasta. Najlepiej jedno i drugie. A potem wchodzi Jagiellonia Białystok, cała na żółto-czerwono, i w ciągu 25 miesięcy wypracowuje około 30 milionów euro zysku. Bez miliardera. Bez hazardowych ruchów. Bez „last dance” na kredyt.

25 milionów euro. Serio.

Od stycznia 2024 do początku 2026 roku w Białymstoku wydarzyło się coś, co w Ekstraklasie brzmi jak science fiction: klub przechodzi od wielomilionowej straty do rekordowego zysku. W 2023 roku strata wynosiła ponad 4 mln zł. Rok później? 44,6 mln zł zysku na czysto.

Przychody rosną z 35,3 mln zł do 91,8 mln zł. Koszty oczywiście też – Europa kosztuje, hotele kosztują, premie kosztują. Ale to są dobre koszty. Koszty sukcesu.

Kapitał własny? Z 2,9 mln zł do 48,5 mln zł w rok. Środki pieniężne na rachunkach: z 0,7 mln zł do 33,3 mln zł.

To jest moment, w którym księgowy przestaje się martwić.

Mistrzostwo zmienia wszystko

Sezon 2023/24 – pierwsze w historii mistrzostwo Polski. W Białymstoku nie było parady przypadkiem. To był punkt zwrotny.

Mistrzostwo otworzyło drzwi do Europy, a Europa – jak to z reguły bywa – pod warunkiem, że zagra się na niezłym poziomie – otworzyła sejf. Jaga trzeba przyznać w ciągu dwóch ostatnich sezonów poradziła sobie w Europie całkiem nieźle.

Ćwierćfinał Ligi Konferencji w sezonie 2024/25 (żółto – czerwoni zatrzymani przez Real Betis) przyniósł ponad 10 mln euro premii z UEFA. W kolejnym sezonie, mimo odpadnięcia po dwumeczu z ACF Fiorentina, do kasy wpadło kolejne około 5,6 mln euro.

W dwa lata gry w Europie – około 15,7 mln euro.

Europa przestała być romantycznym marzeniem. Stała się bankomatem.

Oskar i Porto. Transfer, który zmienia skalę

A potem przyszedł transfer, który symbolicznie zamknął erę „Jagi sympatycznej” i otworzył erę „Jagi poważnej”.

17-letni Oskar Pietuszewski odchodzi do FC Porto. Kwota? Do 10 mln euro z bonusami plus 10% od kolejnego transferu.

To ponad dwa razy więcej niż poprzedni rekord sprzedażowy klubu.

Czy można było wyciągnąć 12? Może. Czy gdyby zgłosił się klub z Anglii, byłoby 15? Być może. Ale rynek to nie koncert życzeń. Była konkretna oferta, konkretne warunki i konkretna decyzja.

Najważniejsze: Jagiellonia sprzedała zawodnika za kwotę, która w Polsce jeszcze kilka lat temu była abstrakcją. I zrobiła to nie dlatego, że musiała. Tylko dlatego, że taki model działania przyjęła.

Masłowski, Siemieniec i podlaski Moneyball

Za tym wszystkim stoją ludzie. Dyrektor sportowy Łukasz Masłowski i trener Adrian Siemieniec stworzyli projekt, który przypomina futbolową wersję „Moneyball”.

Tani zawodnik do odbudowy? Proszę bardzo.
Młody talent do wypromowania? Jeszcze lepiej.
Skauting zamiast nazwisk z billboardów? To podstawa.

W Białymstoku zrozumiano, że Ekstraklasa nie wygra wyścigu płac z Zachodem. Ale może wygrać wyścig decyzyjny. Szybciej wyłapać talent na lokalnym rynku. Szybciej go oszlifować. Szybciej sprzedać.

Akademia przestaje być dodatkiem PR-owym. Staje się strategiczną inwestycją.

Plan? Nowoczesna baza treningowa, dalsze inwestycje w szkolenie, stała obecność w czołówce ligi.

Brzmi nudno? Może. Ale saldo się zgadza.

Krisgola, CC0, via Wikimedia Commons

Uwaga na syndrom Unionu

Historia zna przypadki klubów, które po jednym wielkim sezonie uznały, że są gotowe przeskoczyć trzy szczeble naraz. Przykład Union Berlin jest tu ostrzeżeniem: rekordowe przychody, duże wydatki, odejście od DNA – i nagle walka o utrzymanie.

Jagiellonia stoi dziś na rozdrożu.

Z jednej strony ma środki, które pozwalają przestać mówić: „my tylko walczymy o stabilizację”. Z drugiej – każdy zły ruch transferowy za 2 mln euro boli bardziej niż trzy nieudane wypożyczenia.

Największym ryzykiem – jak mawia Guardiola – jest nie ryzykować. Ale ryzykować mądrze.

Co dalej?

Sprzedaż Pietuszewskiego to połowa historii. Druga połowa zacznie się wtedy, gdy zobaczymy, kto przyjdzie w jego miejsce.

Jeśli Jaga zastąpi go przeciętnością i wypadnie z walki o Europę – cała narracja o „majstersztyku” zacznie się chwiać. Jeśli jednak sprowadzi zawodnika, który realnie podniesie poziom – projekt wejdzie na kolejny etap.

Bo teraz oczekiwania są inne. Mając 30 mln euro wypracowanego zysku w 25 miesięcy, nie można już grać roli underdoga.

Nowy standard w Ekstraklasie?

Najciekawsze w tej historii jest to, że Jagiellonia nie jest klubem z metropolii. Nie ma stadionu na 60 tysięcy. Nie ma właściciela z listy Forbesa.

Ma za to plan.

W lidze, w której często słyszymy: „nie da się”, Białystok odpowiada: „da się, tylko trzeba policzyć”.

Czy model oparty na szkoleniu, scoutingu i cierpliwości jest jedyną drogą dla polskich klubów do sukcesów w Europie? Być może nie jedyną. Ale dziś – najbardziej racjonalną.

Jaga pokazała, że można wygrać mistrzostwo, zarobić miliony, sprzedać diament do Porto i nadal mówić o inwestycjach w akademię, a nie o fajerwerkach transferowych.

I to może być jej największe zwycięstwo.

Jeśli chcesz poznać więcej treści od tego autora kliknij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *