Pierwszy pick draftu odchodzi z Lakers!

No i stało się. W Los Angeles najwyraźniej uznano, że eksperyment pod nazwą „Deandre Ayton” dobiegł końca. Lakers zapakowali środkowego do samolotu lecącego do Waszyngtonu, a w drugą stronę powędrował Jaden Hardy oraz dwa wybory w drugiej rundzie draftu z 2031 i 2032 roku. Krótko mówiąc – walizki spakowane, kierunek Wizards.

I szczerze? Ani przez moment nie wyglądało na to, żeby w Hollywood ktoś rozważał scenariusz, w którym Ayton zostaje rezerwowym centrem. Taki film nawet nie trafił do produkcji.

Przy okazji Lakers zaoszczędzili około 2,1 miliona dolarów i dorzucili do kolekcji dwa wybory w drafcie. Niby drobiazgi, ale w NBA nawet kilka milionów potrafi mieć większą wartość niż znalezienie wolnego miejsca parkingowego pod halą pięć minut przed meczem.

A skoro w kasie zrobiło się trochę luźniej, to klub od razu zaczął rozglądać się za nowym zmiennikiem pod kosz. Na liście nazwisk przewijają się Andre Drummond (nieaktualne), Jonas Valanciunas i Kevon Looney. Czyli poszukiwania trwają, a telefon w biurze Roba Pelinki jest rozgrzany do czerwoności.

To jednak nie wszystko. Mam wrażenie, że ten transfer jest tylko wstępem do finalnych ruchów Lakers w tym off season. Coraz więcej wskazuje na to, że Jarred Vanderbilt również może znaleźć się na wylocie. Jego kontrakt mocno ogranicza możliwości finansowe Lakers, więc zdobyte właśnie wybory w drafcie mogą okazać się idealnym dodatkiem do ewentualnej wymiany. Im więcej miejsca w budżecie, tym większe pole do kolejnych ruchów. Nie mówiąc już o tym, że Vando jest po prostu słaby…

A skoro już o pieniądzach mowa, to automatycznie rosną szanse na podpisanie umowy z Rui Hachimurą. Jeżeli Lakers uwolnią dodatkowe środki, zakontraktowanie wolnego agenta stanie się znacznie bardziej realnym scenariuszem. Oczywiście równie dobrze mogą postawić na kogoś zupełnie innego, ale po tej wymianie opcji jest po prostu więcej.

No dobrze, ale wróćmy do głównego bohatera całego zamieszania.

Ayton przychodził do Lakers z bardzo prostą misją. Chciał odbudować swoją karierę po pobytach w Phoenix i Portland. Był przecież jedynką draftu 2018 i doskonale wiedział, że udany sezon w koszulce Lakers potrafi zmienić narrację wokół zawodnika i pozwoli mu na wyrwanie większej kasy w kolejnym kontrakcie.

Sam mówił podczas prezentacji, że chce pokazać wszystkim, iż jest zwycięzcą.

Brzmiało pięknie.

Problem polegał na tym, że rzeczywistość postanowiła napisać zupełnie inny scenariusz.

Talent? Bez dwóch zdań.

Regularność? No cóż… tutaj bywało jak z pogodą w górach. Nigdy nie wiadomo było, co wydarzy się za pięć minut.

Jednego dnia imponował energią, drugiego sprawiał wrażenie, jakby bateria w pilocie skończyła się już podczas rozgrzewki. Do tego dochodziły napięcia z mediami, wybuchy emocji w szatni i nieprzewidywalne zachowanie. Nigdy nie było wiadomo, czy po meczu będzie żartował z reporterami, czy spojrzy na nich tak, jakby właśnie zabrali mu ostatni kawałek pizzy.

Na początku nie potrafił też odnaleźć się w swojej roli. Lakers potrzebowali zawodnika wykonującego konkretne zadania, a Ayton najwyraźniej marzył o byciu gwiazdą pierwszego planu. Ta różnica oczekiwań szybko zaczęła być widoczna.

Symboliczny był mecz z Orlando, kiedy zdobył 21 punktów i zebrał 13 piłek. Wydawało się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. A chwilę później stwierdził, że próbuje się zrobić z niego Clinta Capelę.

Zamiast świętować świetny występ, sam wrzucił sobie kłodę pod nogi a do tego dołożył bezsensowne i po prostu głupie uwagi w kierunku Capeli.

Największy problem? Wysiłek.

Bo kiedy rzuty nie wpadają, kibice potrafią wybaczyć. Kiedy jednak zaangażowanie pojawia się i znika według własnego widzimiesię, cierpliwość kończy się znacznie szybciej.

Owszem, miał okres, w którym wyglądał znakomicie. Podczas świetnego okresu Lakers w sezonie zasadniczym prezentował wysoką energię i sam przyznał, że wreszcie dogonił resztę zespołu pod względem koncentracji.

Ale później przyszły play-offy.

I właśnie tam wszystko miało zostać zweryfikowane.

Lakers potrzebowali go bardziej niż kiedykolwiek, zwłaszcza że Luka Doncić nie mógł grać przez uraz mięśnia dwugłowego uda, a Austin Reaves opuścił pierwsze cztery mecze serii z Rockets z powodu kontuzji mięśni brzucha.

Ayton momentami błyszczał. Zanotował 19 punktów i 10 zbiórek w czwartym meczu z Rockets, a zaraz potem dorzucił 18 punktów i 17 zbiórek.

Tyle że gdy przyszło starcie z Thunder, jego gra zwyczajnie się rozsypała.

Średnio 7,2 punktu i 7,7 zbiórki. Obrona nie dawała drużynie praktycznie nic, a Lakers szybko pożegnali się z play-offami.

I chyba właśnie wtedy w Los Angeles zapadła decyzja.

Dość.

Szansa na odbudowę nazwiska niestety nie została wykorzystana. Ayton nie był w stanie zabrać jaj na mecze z OKC, zagrać fizycznie, „pobrudzić sobie rąk”. Potwierdził swoją łatkę bycia „soft” – jako kibic Lakers żegnam go bez żalu. Powodzenia w Waszyngtonie Deandre!

Jeśli chcesz poznać więcej treści od tego autora kliknij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *