Lakers – Rockets 101:94 (2-0)
Z jednej strony brak Luki Doncicia i Austina Reaves’a powinien teoretycznie otworzyć przestrzeń dla Rockets, z drugiej – to właśnie teraz zespół LeBrona Jamesa gra najbardziej zdyscyplinowaną koszykówkę.
James (28 punktów, 8 zbiórek, 7 asyst) dyrygował tempem jakby miał pilota do meczu. Gdy trzeba było przyspieszyć – przyspieszał, gdy należało uspokoić grę – wyciągał posiadania do granic możliwości.
Klucz? Podwojenia. Agresywne, bezczelne, momentami wręcz prowokacyjne. Kevin Durant był trapowany praktycznie od pierwszego kontaktu z piłką. Efekt? 23 punkty, ale aż 9 strat i tylko 3 oczka po przerwie. Lakers zmusili go do oddawania piłki w sytuacjach, w których jego koledzy nie byli gotowi na decyzje. Typując sobie wyniki poszczególnych serii w naszym podcaście mówiłem, że Sengun zmiecie Aytona z planszy… Niestety dla Rockets, Turek wygląda na razie słabiutko.
Obok LeBrona absolutnym gamechangerem był Marcus Smart – 25 punktów, 7 asyst, 5 trójek i defensywa, która momentami wyglądała jak prywatna misja destabilizacji ofensywy Rockets. To on przecinał kozły, rzucał się na parkiet, wygrywał piłki 50/50 i nadawał ton obronie Jeziorowców.
A gdzieś obok tego wszystkiego, niemal po cichu, Luke Kennard robi swoje. 23 punkty, świetna selekcja rzutowa i ruch bez piłki, który przypomina najlepsze lata specjalistów od „off-ball gravity”. Tacy gracze zmieniają serię, bo zmuszają obronę do ciągłego napięcia.
LeBron podsumował to idealnie: „Zrealizowaliśmy plan gry zarówno w ataku, jak i w obronie… Kiedy brakuje nam dwóch tak ważnych zawodników… wszyscy musimy podnieść poziom swojej gry.”
I dokładnie to się dzieje.
Celtics – Sixers 97:111 (1-1)
Boston Celtics to drużyna, która zazwyczaj zmusza rywala do grania na ich warunkach. Tym razem jednak trafili na zespół, który nie tylko nie pękł, ale wręcz wykorzystał każdą lukę w ich systemie.
Philadelphia 76ers odpowiedzieli po klęsce w Game 1 w sposób, który zmienia optykę całej serii. Kluczowy był spacing i odwaga w podejmowaniu decyzji – coś, czego często brakuje młodym zespołom.
Największym bohaterem wieczoru został V. J. Edgecombe. 30 punktów, 10 zbiórek, 6 trafionych trójek i – co najważniejsze – absolutny brak respektu dla obrony Celtics. Wchodził w rzuty, atakował closeouty, podejmował decyzje bez zawahania. Przypominam, że ten chłopak gra swój pierwszy sezon w NBA…
„Myślę, że wiedzieliśmy, skąd będą padać rzuty… Oni chcieli, żebym to ja rzucał” – powiedział po meczu, co w praktyce oznacza: Boston zostawił mu przestrzeń, więc ją bezlitośnie wykorzystał.
Tyrese Maxey (29 punktów, 9 asyst) wreszcie dostał wsparcie, dzięki czemu nie musiał forsować każdej akcji. Paul George dołożył swoje w izolacjach, a cały zespół trafił 19 trójek przy 49% skuteczności.
Boston? Poza Jaylen Brown’em (36 pkt) brakowało jakości. A gdy Celtics nie trafiają zza łuku (13/47), ich ofensywa momentalnie traci płynność.

Spurs – Blazers 103:106 (1-1)
To był mecz, który zmienił się w dramat w jednej chwili. Victor Wembanyama upadł twarzą na parkiet po faulu Jrue Holiday’a i nie wrócił do gry. Diagnoza: wstrząśnienie mózgu.
Do tego momentu San Antonio Spurs kontrolowali wydarzenia. Nawet bez niego zbudowali 14-punktową przewagę w czwartej kwarcie. I wtedy wszystko się zatrzymało.
Atak Spurs stanął, a Portland Trail Blazers wykorzystali moment idealnie. Run 11-2 na zamknięcie meczu, zero trafionych rzutów z gry przez San Antonio w ostatnich 3:37 – to są liczby, które bolą.
Scoot Henderson zagrał mecz życia – 31 punktów przy świetnej skuteczności i pełnej kontroli tempa w końcówce.
A Spurs? Przegrali mecz, którego – patrząc historycznie – nie powinni przegrać.
Pistons – Magic 98:83 (1-1)
Detroit Pistons wrócili do serii i zrobili to w sposób podręcznikowy: obrona, fizyczność i jeden zabójczy fragment meczu.
Trzecia kwarta: 38-16. To był moment, w którym Orlando Magic kompletnie się rozsypali.
Cade Cunningham (27 punktów, 11 asyst, 6 zbiórek) kontrolował wszystko, a wsparcie przyszło z każdej strony – aż pięciu zawodników Detroit zakończyło mecz z dwucyfrowym dorobkiem.
Magic natomiast zanotowali ofensywną katastrofę: 33% z gry, tylko 83 punkty i brak jakiejkolwiek płynności w ataku pozycyjnym. Paolo Banchero i Jalen Suggs łącznie spudłowali 21 rzutów – a to na tym poziomie oznacza wyrok.

Thunder – Suns 120:107 (2-0)
Na koniec coś, co coraz bardziej wygląda jak manifest. Oklahoma City Thunder nie tylko wygrywają – oni kontrolują każdy detal gry.Shai Gilgeous-Alexander odpowiedział na słabszy Game 1 w stylu MVP: 37 punktów, 9 asyst i pełna kontrola tempa. Gdy trzeba było – przyspieszał, gdy należało – uspokajał grę. Wsparcie? Chet Holmgren i Jalen Williams po 19 punktów, a do tego defensywa, która wymusiła 21 strat Suns. Dillon Brooks próbował (30 punktów), Devin Booker dorzucił 22, ale problem Phoenix jest głębszy – każda decyzja kosztuje ich sekundę więcej, a przeciwko OKC to wieczność.
Thunder grają koszykówkę, która nie tylko wygrywa mecze, ale też odbiera rywalowi pewność siebie. Okrutnie lanie serwują gracze OKC zespołowi z Arizony.
O NBA rozmawiamy sobie w naszym podcaście BasketEdge Podcast, zapraszam do odsłuchu:

Dodaj komentarz