Czwartkowa noc w NBA przyniosła trzy zupełnie różne historie. W Atlancie kibice oglądali brutalną dominację New York Knicks i kompromitację gospodarzy. W Filadelfii Philadelphia 76ers przedłużyli swoje nadzieje na awans po kapitalnym występie przeciwko Boston Celtics, a w Minneapolis osłabieni Minnesota Timberwolves wyrzucili z play-offów Denver Nuggets, pokazując ogromny charakter i fizyczną przewagę.
Knicks rozbili Hawks. Historyczna kompromitacja Atlanty
New York Knicks awansowali do drugiej rundy play-offów po absolutnym pogromie Atlanty Hawks. Spotkanie numer sześć zakończyło się wynikiem 140:89, a różnica 51 punktów była najwyższą porażką Atlanty w erze po przenosinach klubu z St. Louis.
Mecz właściwie zakończył się jeszcze przed przerwą. Knicks zdobyli aż 83 punkty w pierwszej połowie, ustanawiając rekord największego prowadzenia do przerwy w historii play-offów NBA. Hawks odpowiadali kompletnym chaosem w ataku i fatalną defensywą, przez co już po dwóch kwartach przegrywali 36:83.
Nowojorczycy od początku narzucili niezwykle fizyczne warunki gry. OG Anunoby, Jalen Brunson i spółka dominowali praktycznie w każdym elemencie koszykarskiego rzemiosła, a gospodarze nie byli w stanie znaleźć żadnej odpowiedzi. Co ciekawe Karl Anthony Towns trafił z gry tylko raz w tym meczu ale nie przeszkodziło mu to zanotować triple – double (12/11/10). Swoje prawie siedem minut dostał również Jeremy Sochan notując tym razem 4 punkty (2/3 z gry), 2 zbiórki i 2 asysty.
Frustracja Hawks eksplodowała pod koniec drugiej kwarty. Po walce pod koszem między Dysonem Danielsem a Mitchellem Robinsonem doszło do przepychanek, które przeniosły się pod same miejsca przy parkiecie. Obaj zawodnicy zostali wyrzuceni z boiska po podwójnych przewinieniach technicznych.
Trener Hawks Quin Snyder po meczu nie ukrywał rozczarowania.
– „Ich fizyczność kompletnie nas zdominowała. Nie odpowiedzieliśmy w sposób, który dawałby nam jakiekolwiek szanse” – przyznał szkoleniowiec Atlanty.
Dla Hawks sezon kończy się ogromnym niedosytem, choć organizacja wciąż może patrzeć w przyszłość z umiarkowanym optymizmem. To jedna z najmłodszych drużyn ligi, ci zawodnicy będą z meczu na mecz coraz lepsi.
Knicks tymczasem potwierdzili, że są jednym z najpoważniejszych kandydatów do walki o finał konferencji – ba, można pokusić się o stwierdzenie, że są mocnym kandydatem do finału NBA. Muszą tylko trzymać nerwy na wodzy.
Sixers nie składają broni. Boston będzie musiał drżeć w Game 7
Jeszcze kilka dni temu wydawało się, że Boston Celtics spokojnie zamkną serię z Philadelphia 76ers. Tymczasem drużyna z Pensylwanii odpowiedziała w najlepszy możliwy sposób i po zwycięstwie 106:93 doprowadziła do decydującego, siódmego meczu.
Bohaterem gospodarzy był Tyrese Maxey, który zdobył 30 punktów i po raz kolejny udowodnił, że wyrósł na pełnoprawną gwiazdę NBA. Kapitalne zawody rozegrał także Paul George. Weteran przypomniał najlepsze lata swojej kariery, kończąc mecz z dorobkiem 23 punktów i trafiając pięć rzutów za trzy.
Philadelphia od pierwszych minut grała z ogromną energią w defensywie, skutecznie wybijając Celtics z rytmu. Boston wyglądał na zespół pozbawiony agresji, koncentracji i playoffowego charakteru. Problemy mieli zarówno Jaylen Brown, ograniczony przez faule, jak i Jayson Tatum.
Kluczowy moment meczu nastąpił w trzeciej kwarcie. Kelly Oubre Jr. efektownie zablokował Browna, Maxey przejął piłkę i uruchomił kontratak, który zakończył się widowiskowym wsadem VJ Edgecombe’a po znakomitym podaniu George’a za plecami. Publiczność w Filadelfii eksplodowała.
Trener Sixers Nick Nurse podkreślał po spotkaniu, że fundamentem sukcesu była defensywa.
Boston po raz pierwszy w tej serii znalazł się pod ogromną presją. Zespół, który miał bez większych problemów zamknąć rywalizację, teraz musi wygrać wszystko w jednym meczu przed własną publicznością. Game 7 to jest to co tygryski lubią najbardziej.
Osłabione Timberwolves wyrzucają Nuggets z play-offów
Najbardziej imponujące zwycięstwo ostatniej nocy odnieśli jednak Minnesota Timberwolves. Drużyna z Minneapolis pokonała Denver Nuggets 110:98 i zamknęła serię wynikiem 4-2, mimo ogromnych problemów kadrowych.
Minnesota przystępowała do meczu bez trzech podstawowych rozgrywających – Anthony Edwards, Donte DiVincenzo i Ayo Dosunmu. Wydawało się, że to sytuacja nie do przetrwania przeciwko drużynie prowadzonej przez Nikolę Jokicia.
Stało się jednak dokładnie odwrotnie.
Mecz życia rozegrał Jaden McDaniels. Skrzydłowy Wolves zdobył 32 punkty i 10 zbiórek, całkowicie dominując po obu stronach parkietu. Świetnie wspierał go Terrence Shannon Jr., który w niespodziewanym występie w pierwszej piątce dorzucił 24 punkty.
Minnesota wygrała przede wszystkim fizycznością. Gospodarze zdobyli aż 64 punkty z pomalowanego i kompletnie zdominowali walkę na tablicach. Rudy Gobert kontrolował strefę podkoszową, utrudniając życie Jokiciowi praktycznie przez cały wieczór. Mieliśmy też trochę przepychanek jak na playoffs przystało:
Serb zakończył mecz z niemal triple-double (28 punktów, 10 asyst, 9 zbiórek), ale ponownie zabrakło mu wsparcia. Szczególnie rozczarował Jamal Murray, którego McDaniels praktycznie wyłączył z gry. Kanadyjczyk trafił tylko 4 z 17 rzutów. Na koniec były jednak przytulaski i okazanie sobie szacunku:
Wolves pokazali ogromny charakter, a ich awans do drugiej rundy jest jedną z największych historii tegorocznych play-offów. Teraz przed nimi starcie z San Antonio Spurs i fenomenalnym Victorem Wembanyamą.

Dodaj komentarz