Nasza liga zyskuje finansowo. Widać coraz lepsze transfery. Jednak na horyzoncie pojawia się jeszcze jedna rzecz, o której mówi się trochę mniej. Jest to frekwencja i zaangażowanie kibiców.
Szalone lata 90!
Liga po wejściu Polski w lata 90 nie przyciągała postronnych kibiców. Na stadionach wyróżniali się zwykli szalikowcy. Nie było pikników, ultrasów. Byli szalikowcy, a Ci z szalikami szukali zadym. Nie były to jednak kibolskie ustawki w lasach. Było to tłuczenie się z policją na stadionie i dewastacja. Biedne wejście naszego kraju w kapitalizm musiało się wyszumieć. Oprawy? zapomnij, grupki chłopaków, mających maksymalnie 19 lat wolały poszaleć, a nie dopingować klub.

Rosnąca frekwencja
Jednak szybko okazało się, że nawet nasza piłka potrafi być normalna. Już w 2006 roku pojawił się pierwszy obiekt z prawdziwego zdarzenia. Stadion Korony Kielce. Kluby nie chciały na nowoczesnych stadionach bydła wyrywającego krzesełka. Przed Euro 2012 zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu nowoczesne areny. Na niektórych z nich miała nawet gościć impreza, a to zaczęło budzić wyobraźnie. Myśl, że na stadionach może być normalnie zaczęła się pojawiać coraz częściej. Zaczęły pojawiać się nawet rodziny z dziećmi, co jeszcze chwilę wcześniej było nie do pomyślenia. Jednak zaczęło się rzucać w oczy przesadzanie.
Przegięcie
Premier wypowiedział totalną wojnę kibicom na stadionach. Niemile zaczęły być traktowane również rzeczy powszechnie uważane wcześniej za normalne. Mimo tego, że zakaz używania rac na stadionach obowiązywał na długo przed Euro, to w jego okolicach restrykcje te zaczęły być przestrzegane coraz ściślej. Jednak pozytywnego trendu nie dało się już odwrócić. O ile frekwencja jeszcze na początku lat 90 wynosiła około 4-4,5 tysiąca widzów, to już w sezonie 12/13 oscylowała ona wokół 8 tysięcy spragnionych wrażeń kibiców. Tak, oznaczało to pokaźny wzrost średniej frekwencji na stadionach ekstraklasy. To był już czas w którym widać już było bardzo wyraźny podział na dwie kibicowskie grupy. Ultrasów i pikników. Jednak to nie koniec.

Karnawał frekwencji
Prawdziwy skok oglądalności następuje w ostatnich latach. Stadion w Polsce nie jest już miejscem, gdzie można nabić sobie guza. Jest strefą, gdzie można obejrzeć coraz ciekawsze widowisko sportowe, jak również pośpiewać bardziej, bądź mniej wulgarne przyśpiewki. Oczy kibiców coraz częściej cieszą również bardziej efektowne oprawy, a puszki młodych chłopaków, zbierających na nie pieniądze zapełniają się w tempie błyskawicy. Odpalanie rac na stadionach oczywiście dalej grozi sankcjami, jednak nie jest to już aż tak restrykcyjnie przestrzegane. Również kluby widząc, że piękne oprawy przyciągają na mecze większe rzesze widzów często wolą zapłacić karę niż uprzykrzać życie ultrasom. Frekwencja bije rekordy, przy czym należy pamiętać, że wiele klubów, które potrafią bez problemu zapełnić stadion tuła się po niższych ligach. Aktualnie przeciętny mecz ekstraklasy z poziomu trybun ogląda już średnio 13.264 tysiąca fanów (za transfermarkt). Jeśli trend się utrzyma możemy się stać nowymi kibicowskimi Niemcami, czyli krajem, który słynie z nabitych stadionów, a przy okazji kibiców, którzy serio dopingują, a nie siedzą.

Dodaj komentarz