Magdalena Fręch w finale WTA 500 w Méridzie. Ten tydzień pachnie przełomem

Są takie turnieje, które wyglądają jak przystanek w kalendarzu. I są takie, które mają kluczowe znaczenie w karierze zawodnika. Dla Magdaleny Fręch turniej WTA 500 w Méridzie to zdecydowanie ta druga kategoria. Meksykańskie słońce, szybkie korty i drabinka pełna znanych nazwisk – a na końcu finał.

Pokonać mistrzynię i nie mrugnąć okiem

Droga do finału nie była spacerem po plaży w Cancún. Fręch musiała przejść przez meczowy rollercoaster w meczu z Shuai Zhang. W półfinale ograła broniącą tytułu mistrzynię turnieju, pokazując, że w jej tenisie coraz mniej jest przypadku, a coraz więcej planu.

Fręch grała odważnie, brała piłkę wcześnie, nie bała się ryzyka w kluczowych momentach. Gdy przychodził czas na break pointy, nie chowała ręki. Właśnie w takich chwilach tenisistki przechodzą z kategorii „solidne” do „groźne”. W Méridzie Fręch weszła do tej drugiej grupy. Pomimo czterech zmarnowanych piłek meczowych, które wymusiły na naszej zawodniczce rozegranie kolejnego seta nie pękła i wygrała cały mecz 2 – 1.

Fot. www.flickr.com, CC BY 2.0

Rankingowy jackpot

Ten finał to nie tylko trofeum i czek z kilkoma zerami. To także potężny skok w rankingu WTA. Już sam awans do decydującego meczu oznacza dla Polki znaczący progres w klasyfikacji (35 miejsce), a ewentualne zwycięstwo może wywindować ją w okolice, które jeszcze niedawno wydawały się ambitnym planem na przyszłość (pierwsza 30). WTA 500 to już turniej z poważnej serii. Punkty tutaj zdobyte smakują jak espresso – małe, ale kopią mocno w rankingu. Fręch w Meksyku właśnie taką dawkę przyjęła. I co ważniejsze: wygląda na to, że jej forma nie jest jednorazowym wybuchem. To raczej konsekwencja pracy, stabilizacji mentalnej i coraz większej pewności siebie.

Tenis bez kompleksów

Jeszcze kilka sezonów temu Fręch bywała określana jako zawodniczka „waleczna, ale…”. Teraz to „ale” powoli znika. W Méridzie oglądaliśmy tenisistkę, która nie gra na alibi. Która nie kalkuluje zbyt długo. Która potrafi wytrzymać wymiany i w odpowiednim momencie przyspieszyć. Jej serwis funkcjonował stabilnie, return był agresywny, a w wymianach z głębi kortu potrafiła narzucić swoje tempo. Co równie ważne – w momentach kryzysowych nie wpadała w panikę. A to w turniejach tej rangi bywa kluczowe. Ten tydzień to dowód, że Fręch przestaje być tenisistką „od dobrych występów”. Zaczyna być zawodniczką, która realnie może myśleć o regularnych występach w drugich tygodniach dużych imprez.

Finał z Cristiną Bucsą – starcie charakterów

W finale Polka zmierzy się z Cristiną Bucsą – zawodniczką niewygodną, waleczną, lubiącą długie wymiany i zmiany rytmu. To nie będzie mecz na trzy asy i szybkie 6:2, 6:2. To może być partia szachów, w której wygra ta, która lepiej zniesie presję. Fręch jednak w tym tygodniu pokazała, że presja nie jest już dla niej ciężarem, a raczej paliwem. Każdy kolejny mecz w Méridzie wyglądał jak podnoszenie poprzeczki – nie tylko rywalkom, ale samej sobie. Jeśli utrzyma jakość serwisu i odwagę w kluczowych momentach, finał może być zwieńczeniem najlepszego tygodnia w jej karierze. Czy wytrzyma również fizycznie? Magda po półfinale wspominała, że w końcówce brakowało jej już sił. Wierzymy, że odpocznie na tyle aby być gotową na ewentualny, trzysetowy bój z Bucsą.

Meksykański przełom?

Tenis lubi momenty symboliczne. Czasem to jeden mecz, czasem jeden turniej, który otwiera drzwi do nowego rozdziału. Dla Fręch Mérida może być właśnie takim punktem zwrotnym. Jeżeli wygra – będzie to chyba największy sukces w jej dotychczasowej karierze. Jeśli przegra – i tak wyjedzie z Meksyku jako zawodniczka, która zrobiła ogromny krok naprzód. Ale patrząc na jej grę w tym tygodniu, trudno oprzeć się wrażeniu, że Fręch nie przyleciała do Méridy po „ładny wynik”.

Przyleciała po coś więcej.

Nam pozostaje trzymać kciuki za sukces Magdy w finale!

Jeśli chcesz poznać więcej treści od tego autora kliknij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *