Energa Trefl Sopot pokonała Miasto Szkła Krosno 94:81, a kapitan Jakub Schenk poprowadził zespół do zwycięstwa, notując 10 asyst — wyrównując swój rekord sezonu i notując najlepszą średnią asyst w karierze. To jednak nie tylko liczby definiują postać Schenka. Po meczu rozgrywający opowiadał o kluczowej trzeciej kwarcie, perfekcyjnych zasłonach Mikołaja Witlińskiego i tym, jak wieloletnia współpraca procentuje na parkiecie.
Rozmowa z kapitanem Energii Trefla odsłania również mniej znane strony jego kariery — od młodzieńczych lat w Tarnowie, przez trudne doświadczenia z kontuzjami i chorobą, po triumfy w Sopocie, mistrzostwo Polski i tytuł MVP finałów. Schenk zdradza, że za jego walecznością stoi nie tylko determinacja i chęć wygrywania, ale także silne wartości rodzinne — żona i dwójka dzieci zmieniły jego spojrzenie na sport i życie. To wywiad o pracy, pasji i charakterze, który pozwolił mu wejść na najwyższy poziom koszykówki w Polsce, a jednocześnie pozostać człowiekiem, który czerpie siłę z codziennych, „małych rzeczy”.
Zapraszamy na część pierwszą wywiadu.
Michał Piotrowicz (SportEdge.pl): Pierwsza połowa była dla was trudna, ale w trzeciej kwarcie postawiliście mocne warunki rywalowi w obronie. Do tego doszła świetna skuteczność rzutów za trzy punkty — 7/11 w tej odsłonie. Czy właśnie trzecia kwarta wygrana w stosunku 33-17 była kluczem do zwycięstwa i momentem, który przesądził o losach meczu?
Jakub Schenk (kapitan Energi Trefla Sopot): Wydaje mi się, że przez cały mecz graliśmy naprawdę dobry, płynny atak i regularnie dochodziliśmy do pozycji, które chcieliśmy wykreować. W pewnym momencie zadecydowały jednak detale. Po przerwie byliśmy trochę bardziej skupieni w obronie, a to automatycznie dało nam więcej łatwych punktów, chociażby z kontrataków. To jest styl koszykówki, w którym czujemy się najlepiej, dlatego cieszę się, że udało nam się przechylić szalę zwycięstwa na naszą stronę.
Indywidualnie rozdałeś 10 asyst, co jest wyrównaniem twojego najlepszego wyniku w tym sezonie. Średnio notujesz 6,89 asysty na mecz — to najlepszy rezultat w twojej karierze. Widać, że bardzo rozwinąłeś się w roli rozgrywającego i lidera zespołu. Czy jako zawodnik na tej pozycji zwracasz szczególną uwagę na liczbę asyst i czy to dla Ciebie kluczowy element oceny własnej gry?
— Te liczby w dużej mierze przychodzą razem z większym czasem spędzonym na parkiecie. Nasza rotacja jest w tym sezonie nieco krótsza niż w poprzednich latach, więc minut jest po prostu więcej. Nie powiedziałbym jednak, że jakoś szczególnie skupiam się na statystykach. Gramy trochę szybciej niż wcześniej, a to naturalna część koszykówki — im więcej posiadań, tym więcej okazji na punkty czy asysty. Szczerze mówiąc, nie koncentruję się na żadnych liczbach. To przychodzi samo — czy będzie więcej punktów, asyst czy mniej, nie ma to większego znaczenia, jeśli mecz jest przegrany. Jestem już na innym etapie kariery. Najważniejsze jest dla mnie to, żeby grać dobrą koszykówkę i wygrywać. To jest priorytet, bo wiem, jak istotne w perspektywie całego sezonu są zwycięstwa. Nieważne jak i nieważne w jakim stylu — ostatecznie wszystko rozlicza się pod koniec kwietnia, kiedy ustalane są miejsca przed fazą play-off.
Wspomniałem o liczbach, bo niedawno rozmawialiśmy z Mikołajem Witlińskim, który w tym sezonie podwoił swoją zdobycz punktową w porównaniu do poprzednich rozgrywek. Ty z kolei notujesz najwyższą w karierze średnią asyst na mecz. Widać, że Mikołaj często jest beneficjentem twoich podań, a wasza współpraca dwójkowa wygląda coraz lepiej i w tym aspekcie nastąpił duży progres. Graliście już wcześniej razem w Słupsku, teraz reprezentujecie barwy Energi Trefla Sopot — można odnieść wrażenie, że te wspólne miesiące naprawdę procentują i z każdym kolejnym spotkaniem widać coraz większe zrozumienie na boisku. Zgadzasz się z taką oceną?
— Tak, zdecydowanie. Z Mikołajem znamy się już, żeby nie skłamać, blisko 14 lat. Przecinaliśmy się na kadrach młodzieżowych, graliśmy razem, a od trzech lat nieprzerwanie występujemy wspólnie w klubie. Ja wiem, co Mikołaj lubi na boisku, a on wie, czego ja potrzebuję. To bardzo ułatwia grę. Mikołaj jest jednym z zawodników, którzy stawiają najlepsze zasłony w lidze, więc w pewnym sensie ja też jestem beneficjentem jego pracy. Kiedy wychodzę na otwartą pozycję, mam dużo więcej możliwości — mogę oddać rzut albo łatwiej wykreować kolejną akcję. To naturalna kolej rzeczy: dobra zasłona daje mi więcej czasu na decyzję, na kreację, na zagranie tego, czego w danym momencie potrzebuje zespół. Po prostu bardzo dobrze czujemy się ze sobą na boisku. Tych okazji jest teraz więcej również dlatego, że Mikołaj odgrywa coraz ważniejszą rolę, szczególnie w ataku, i spędza na parkiecie więcej minut niż w poprzednich sezonach. To kolejny naturalny element tej współpracy. On doskonale wie, jak bardzo doceniam pracę, którą wykonuje — zwłaszcza te wszystkie detale, jak zasłony, walka w „pomalowanym”, blokowanie rywali. Dzięki temu także mnie jest łatwiej zdobywać punkty. Cieszę się, że jesteśmy razem w jednym zespole. Bardzo dobrze nam się współpracuje na parkiecie, ale też poza nim — wydaje mi się, że jesteśmy po prostu naprawdę bliskimi kolegami, a to zawsze procentuje w trakcie sezonu.

Masz 31 lat, więc koszykarsko jesteś — albo właśnie wchodzisz — w swój prime. Osiągnąłeś już wiele znaczących sukcesów: czwarte miejsce na EuroBaskecie z reprezentacją Polski, mistrzostwo kraju z Treflem Sopot, tytuł MVP finałów. Jakie cele stawiasz sobie na kolejny etap kariery?
— Może to zabrzmi trochę oklepanie, ale dla mnie każdy kolejny mecz jest naprawdę bardzo ważny. Bardzo nie lubię przegrywać, nie lubię tego uczucia i chyba właśnie to napędza mnie najbardziej. Każde spotkanie jest dla mnie celem samym w sobie — chcę je wygrać, bez względu na okoliczności.
Szczerze mówiąc, nie stawiam sobie indywidualnych celów. Podpisałem długoletni kontrakt w Sopocie i nawet przedłużyłem go w minione wakacje, bo wiele mnie z tym miejscem łączy — to już wieloletnia historia. Bardzo chciałbym właśnie tutaj, z tym klubem i z tymi ludźmi, zdobywać kolejne medale. To jest mój cel nadrzędny i o to każdego dnia walczę.
Dlatego każda porażka bardzo mnie irytuje i ciężko się z nią żyje. Chcę, żeby ten klub cały czas był w czołówce ligi i dokładam do tego wszystko, co mogę. Przez ostatnie dwa lata byliśmy na topie, w tym sezonie również długo utrzymywaliśmy się w ścisłej czołówce. Mocno wierzę, że dzięki ciężkiej pracy możemy także w tym roku być w najlepszej czwórce i realnie walczyć o medale. To jest mój cel na ten sezon.
Pochodzisz z Tarnowa, czyli z drugiego końca Polski, a od lat jesteś mocno związany z Pomorzem. Jak wyglądała ta droga młodego chłopaka z Tarnowa nad morze? Czy kluczową rolę odegrała wtedy Szkoła Mistrzostwa Sportowego?
— Dokładnie tak. Wszystko zaczęło się od nowego trenera, który obejmował grupy młodzieżowe i równocześnie tworzył projekt zespołu młodzieżowego. To on skautował młodych zawodników i właśnie mnie ściągnął nad morze. Zostałem znaleziony w Tarnowie przez trenera z Jaworzna i razem z wieloma nowymi graczami trafiliśmy do Sopotu. Oczywiście wiązało się to z przeprowadzką daleko od domu, ale podjąłem to ryzyko, namówiłem rodziców i tak w zasadzie powstała cała historia.
Wielokrotnie w wywiadach podkreślano Twój legendarny wręcz charakter. Twoja postać skojarzyła mi się z wicemistrzem świata na żużlu, Krzysztofem Kasprzakiem, który kiedyś powiedział mi, że na tor nie wyjeżdża się po przytulanie czy szukanie przyjaciół. Ty zawsze kojarzyłeś się z walecznym, zadziornym zawodnikiem, który walczy o każdą piłkę. Oficjalnie masz 185 cm, a mimo że jesteś dość silnym rozgrywającym, jednak te warunki fizyczne nie są imponujące w porównaniu z większością rywali. Czy właśnie ten charakter, zadziorność i waleczność są jednym z Twoich głównych atutów, szczególnie w sytuacjach, gdy na parkiecie nie dominujesz fizycznie i często rywalizujesz z zawodnikami większymi lub skoczniejszymi?
— Zdecydowanie tak. Od najmłodszych lat jedną z najtrudniejszych rzeczy do przetrawienia dla mnie było poniesienie porażki. To uczucie, albo raczej niechęć do niego, pcha mnie codziennie do tego, żeby stawać się lepszym, wygrywać i zarazem zarażać tym ludzi wokół mnie — czasem z różnym skutkiem, ale zawsze po to, żebyśmy razem wygrywali.
Koszykówka nie była moim pierwszym sportem — pierwszym, który trenowałem ze względów rodzinnych, było pływanie. Już wtedy każdy srebrny medal odczuwałem jak porażkę i ciężko było mi się z tym pogodzić. To samo podejście przeniosło się na koszykówkę. Od najmłodszych lat nie znosiłem przegrywać żadnego meczu i uważam, że właśnie to uczucie ukształtowało mój charakter. Bez niego nie byłbym w miejscu, w którym jestem dzisiaj.
Może nie osiągnąłem wszystkiego, co można by sobie wymarzyć, ale wiele osiągnąłem — grałem w ciekawych miejscach i w rozgrywkach na wysokim poziomie, miałem okazję liznąć koszykówki na najwyższym poziomie z najlepszymi zawodnikami na świecie. Niezależnie od tego, czy ktoś mnie lubi, czy nie — takie są fakty. Jestem bardzo wdzięczny za to, co mnie spotkało. Ale bez charakteru, bez dosłownego przebijania się łokciami, nie byłoby mnie tu, gdzie jestem. Wszystko to wydaje się proste, ale równocześnie jest niezwykle trudne.

Twoja historia brzmi niemal jak scenariusz filmowy. Podpisałeś kontrakt w Legii Warszawa, potem wykryto u Ciebie chorobę, przeszedłeś do Anwilu, gdzie doznałeś kontuzji, a następnie pojawiłeś się w Sopocie, by zdobyć mistrzostwo Polski z Treflem i zostać MVP finałów. W wielu wywiadach wielokrotnie dziękowałeś rodzinie i klubowi. Czy wszystkie te doświadczenia — choroba, kontuzje, zmiany klubowe — ukształtowały Cię jako człowieka i sprawiły, że zacząłeś bardziej doceniać małe rzeczy, na które wcześniej być może nie zwracałeś uwagi? Mając teraz żonę i dwójkę dzieci, czy życie rodzinne również wpływa na Ciebie w pozytywny sposób i zmienia perspektywę na wiele spraw?
— Na pewno posiadanie rodziny zmienia wiele rzeczy i rzuca na niektóre sprawy zupełnie inne światło. Priorytety się przesuwają. Rodzina i dzieci to dla mnie trochę taka darmowa terapia dla głowy — ucieczka, odskocznia od codzienności i pracy koszykarskiej. To daje mi naprawdę dużo i pozwala spojrzeć na wiele sytuacji z innej perspektywy. Oczywiście koszykówka jest dla mnie bardzo ważna, bo to moja praca, praca dla całej rodziny, ale, jakkolwiek to brzmi, nie jest najważniejsza. Jednak kiedy wchodzę na parkiet, bardzo nie lubię przegrywać i tego uczucia po porażce, dlatego staram się robić wszystko, by mój zespół wygrywał. Wracając do tematu — wszystkie te doświadczenia, historie i sytuacje umocniły mnie i uodporniły na wiele spraw.
Na drugą część wywiadu zapraszamy w najbliższą środę!
Polub nasz profil na Facebooku: https://www.facebook.com/sportedgepl/

Dodaj komentarz