Są w historii NBA rekordy, które z czasem przestają być zwykłymi statystykami. Zaczynają przypominać raczej legendy przekazywane z pokolenia na pokolenie – historie o czasach, w których koszykówka wyglądała inaczej, tempo gry było inne, a niektórzy zawodnicy zdawali się funkcjonować poza logiką. W większości tych opowieści prędzej czy później pojawia się jedno nazwisko. Wilt Chamberlain. To on zdobył 100 punktów w jednym meczu. To on jako jedyny w historii przekroczył granicę czterech tysięcy punktów w jednym sezonie. To on w sezonie 1961/62 zdobywał średnio ponad pięćdziesiąt punktów na mecz, co do dziś nie brzmi jak realna statystyka. Dlatego kiedy współczesny koszykarz zbliża się do jakiegokolwiek z rekordów Chamberlaina, w lidze pojawia się podniecenie. Dla mnie jest to też moment refleksji – przypomnienie, że historia tej dyscypliny jest znacznie dłuższa niż nam się wydaje.
W poniedziałkowy wieczór w Oklahoma City wydarzył się właśnie taki moment. Shai Gilgeous-Alexander zdobył co najmniej dwadzieścia punktów w 126. meczu z rzędu. Dokładnie tyle samo, ile sześćdziesiąt lat wcześniej Wilt Chamberlain.
Wieczór, który wyglądał zwyczajnie
Na pierwszy rzut oka był to po prostu kolejny mecz długiego sezonu NBA – jednego z tych, które w marcu rozgrywa się niemal automatycznie, kiedy drużyny zaczynają myśleć już bardziej o play-offach niż o pojedynczych spotkaniach sezonu zasadniczego.
Oklahoma City Thunder podejmowali Denver Nuggets. Lider Zachodu kontra zespół, który jeszcze niedawno był mistrzem NBA. Trybuny Paycom Center były wypełnione niemal do ostatniego miejsca, a atmosfera – jak to często bywa w tym sezonie – przypominała raczej mecze play-off niż zwykły wieczór w środku tygodnia.
Shai Gilgeous-Alexander rozpoczął spotkanie w sposób, który dla niego stał się już niemal codziennością. Nie było w tym początku nic spektakularnego – żadnego efektownego wsadu, żadnej sekwencji rzutów z dziewięciu metrów. Były za to powolne, kontrolowane wejścia pod kosz, kilka rzutów z półdystansu i momenty, w których bardziej przypominał rozgrywającego niż strzelca.
Do przerwy miał 17 punktów.
A więc dokładnie tyle, ile potrzeba, by historia mogła wydarzyć się w drugiej połowie.
W ostatnich sekundach drugiej kwarty miał okazję by wyrównać rekord już w pierwszej połowie. Prowadził piłkę przez środek parkietu i przez moment wyglądało na to, że spróbuje rzutu, który już przed przerwą zrównałby go z Chamberlainem.
Zamiast tego spojrzał w prawo i oddał piłkę.
Isaiah Joe trafił trójkę równo z syreną.
Thunder prowadzili 66–60.
A Shai wciąż miał 17 punktów.

Moment, który zmienił zwykły mecz we fragment historii
W trzeciej kwarcie wydarzyło się coś, co w innym kontekście mogłoby zostać uznane za zupełnie zwyczajną akcję. Gilgeous-Alexander kozłował wysoko nad linią rzutów za 3 punkty. Obrońca Denver zrobił pół kroku za dużo w jedną stronę – wystarczająco dużo, by Shai zobaczył przestrzeń. Rzut za 3 punkty. I nagle wszyscy wiedzieli już, że właśnie wydarzyło się coś ważnego. 126 kolejnych meczów z co najmniej dwudziestoma punktami.
Tyle samo, ile Wilt Chamberlain.
A potem mecz trzeba było jeszcze wygrać
Rekord jednak nie kończy spotkania. W NBA historia często jest tylko tłem dla czegoś znacznie prostszego – walki o zwycięstwo. I w końcówce meczu Shai zrobił to, co robi od miesięcy niemal co wieczór. Przejął kontrolę nad grą. Najpierw trafił jedną trójkę. Chwilę później zrobił to ponownie. Na zegarze zostało zaledwie 2,7 sekundy, kiedy jego rzut z dystansu przełamał remis i dał prowadzenie gospodarzom.
Denver nie zdołało już odpowiedzieć.
Kiedy syrena kończyła spotkanie, Gilgeous-Alexander miał 35 punktów i 15 asyst. Rekord został wyrównany. Mecz wygrany. A Oklahoma City nadal ma najlepszy bilans w całej lidze.
Spokojny człowiek w centrum wielkiej historii
Na konferencji prasowej Shai nie wyglądał jak ktoś, kto właśnie zrównał się z jedną z największych legend koszykówki. Mówił spokojnie, niemal bez emocji, jakby opisywał kolejny mecz sezonu.
„To wciąż trudne do ogarnięcia” – przyznał. „Szczerze mówiąc, staram się o tym nie myśleć w trakcie sezonu. Dzieje się zbyt wiele rzeczy, zbyt wiele musi pójść dobrze, żeby osiągnąć to, czego naprawdę chcesz” – powiedział.
A tym celem – jak powtarza od dawna – nie są rekordy. Tym celem jest zwyciężanie. Pod tym względem Thunder to czołówka NBA. Podczas serii SGA ich bilans wynosi 102 zwycięstwa i zaledwie 24 porażki. Dla porównania drużyna Wilta Chamberlaina, kiedy ustanawiał swój rekord, wygrała 66 meczów i przegrała aż 60.
Dwie różne epoki, dwie różne legendy
Najbardziej fascynujące w tej historii jest jednak to, jak bardzo różnią się style obu zawodników.
Chamberlain był koszykarskim fenomenem – zawodnikiem, który dominował fizycznie w sposób niespotykany wcześniej ani później. Podczas swojej serii zdobywał średnio 49,2 punktu na mecz, a jego rekordowy występ na 100 punktów pozostaje jednym z najbardziej surrealistycznych wydarzeń w historii sportu. Shai Gilgeous-Alexander jest zupełnie innym typem gwiazdy. Nie niszczy przeciwników jednym spektakularnym elementem gry. Raczej powoli, niemal metodycznie rozbiera obronę na części. W trakcie tej serii zdobywa średnio 32,5 punktu, trafia ponad 53 procent rzutów z gry, a jego decyzje na parkiecie często przypominają pracę bardziej rozgrywającego niż klasycznego strzelca.
To wielkość innego rodzaju – spokojniejsza, mniej teatralna, ale równie skuteczna.

Jak zakończyła się seria Wilta
Historia Chamberlaina ma jednak jeden szczegół, który do dziś brzmi niemal absurdalnie. Jego rekordowa seria nie zakończyła się przez obronę przeciwnika ani przez kontuzję. Zakończyła się przez… sędziego. 19 stycznia 1963 roku Wilt zdobył 35 punktów i 21 zbiórek w meczu z St. Louis Hawks. Było to jego 126. spotkanie z rzędu z co najmniej dwudziestoma punktami. Następnego dnia zespoły spotkały się ponownie. Po czterech minutach gry sędzia Red Oates ukarał Chamberlaina dwoma przewinieniami technicznymi i wyrzucił go z parkietu za protesty.
Wilt zakończył mecz z sześcioma punktami.
Seria się skończyła.
A potem historia potoczyła się dalej
Dwa dni później Chamberlain wrócił na parkiet i zdobył 39 punktów, rozpoczynając kolejną serię meczów z co najmniej dwudziestoma punktami. Wielu historyków NBA uważa, że gdyby nie tamto wyrzucenie z parkietu, jego rekord mógłby sięgnąć nawet 147 kolejnych spotkań.
Kolejny rozdział dopiero przed nami
Shai Gilgeous-Alexander ma teraz szansę zrobić coś, czego przez ponad sześćdziesiąt lat nie dokonał nikt. W czwartek Oklahoma City Thunder zmierzą się z Boston Celtics. Jeśli Shai zdobędzie w tym meczu co najmniej dwadzieścia punktów, jego seria osiągnie 127 spotkań. I wtedy rekord, który przez dekady należał do Wilta Chamberlaina, przestanie być już tylko częścią historii.

Dodaj komentarz