Gwiazdy NBA rezygnują z milionów. Nowy trend może zmienić ligę.

Jeszcze kilka lat temu trudno było sobie wyobrazić, by największe gwiazdy NBA dobrowolnie rezygnowały z części pieniędzy, do których mają pełne prawo. Mieliśmy co prawda w przeszłości kilka takich przypadków – ale właśnie – były to raczej pojedyncze przypadki. Dziś mówimy o trendzie i zaczynam mieć nieodparte wrażenie, że coraz większa liczba zawodników zdaje sobie sprawę, że schodząc z maksymalnych pieniędzy zwiększają szanse na upragniony tytuł. Coraz częściej zawodnicy wybierają nie maksymalny możliwy kontrakt, lecz niższe wynagrodzenie, aby pozostawić klubowi większą swobodę w budowie składu zdolnego do walki o mistrzostwo. Najnowszym przykładem takiego podejścia jest Victor Wembanyama. Francuz związał się z San Antonio Spurs nową umową, ale największe emocje wywołała nie sama długość kontraktu czy jego wartość, lecz konstrukcja porozumienia. Zamiast czekać na możliwość podpisania jeszcze bardziej lukratywnej umowy, zdecydował się zaakceptować niższy pułap wynagrodzenia. Zapraszam Was do tekstu, w którym postaram się przeanalizować ten trend, dać przykłady z teraźniejszości, bliższej i dalszej przeszłości oraz zastanowię się czy i jaki wpływ będzie to miało na ligę. Enjoy!

Wembanyama zaskoczył decyzją

Przedłużenie kontraktu z San Antonio Spurs było właściwie formalnością. Nikt nie spodziewał się, że klub pozwoli odejść zawodnikowi, wokół którego budowana jest przyszłość organizacji. Zaskoczeniem okazały się jednak szczegóły.

22-letni koszykarz podpisał pięcioletnią umowę o wartości 252 milionów dolarów z opcją zawodnika. Kontrakt obowiązywać będzie do końca sezonu 2031/32 i gwarantuje pozostanie jednej z największych gwiazd młodego pokolenia w Teksasie na wiele kolejnych lat.

Najwięcej komentarzy wywołał jednak fakt, że Wembanyama zgodził się na kontrakt oparty o maksymalne wynagrodzenie wynoszące 25 procent salary cap. Mógł poczekać i walczyć o możliwość podpisania tzw. supermaxa, który dawałby mu aż 30 procent limitu płac.

Było to realne. W poprzednim sezonie zdobył nagrodę dla najlepszego obrońcy ligi, zajął trzecie miejsce w głosowaniu na MVP oraz został wybrany do pierwszej piątki All-NBA. Gdyby w kolejnym sezonie ponownie znalazł się w gronie wyróżnionych zawodników i spełnił wymóg rozegrania minimum 65 spotkań, miałby prawo oczekiwać znacznie wyższego kontraktu. Czy jego decyzja to zapowiedź, że Wemby nie zamierza rozegrać tych 65 meczów czy po prostu chce pozostawić organizacji większą elastyczność finansową?

Pięć procent, które może zmienić przyszłość Spurs

Na pierwszy rzut oka różnica pomiędzy 25 a 30 procentami salary cap nie wydaje się ogromna. W praktyce oznacza jednak dziesiątki milionów dolarów pozostawionych do dyspozycji klubu. Dokładnie dziesięć milionów baksów w każdym z kolejnych pięciu sezonów. To właśnie ta przestrzeń może w kolejnych latach pozwolić Spurs zatrzymywać kolejnych ważnych zawodników, podpisywać nowych koszykarzy i budować skład zdolny walczyć o mistrzostwo. To możliwość dodania do składu takich graczy jak Derrick Jones Jr, Luke Kornet czy TJ McConnel. Całkiem nieźle, nie?

W realiach współczesnej NBA zarządzanie budżetem staje się równie ważne jak wybór odpowiednich zawodników. Nawet największe gwiazdy coraz częściej muszą decydować, czy chcą zarobić absolutne maksimum, czy też pozostawić organizacji większą elastyczność finansową.

Decyzja Wembanyamy pokazuje, że w San Antonio postawiono na drugie rozwiązanie.

To nie pierwszy taki przypadek w historii Spurs

Takie podejście nie jest zresztą niczym nowym dla tej organizacji.

W przeszłości bardzo podobne decyzje podejmował Tim Duncan, legenda San Antonio Spurs i jeden z najwybitniejszych koszykarzy swojej epoki.

Duncan wielokrotnie podpisywał kontrakty niższe od maksymalnych, mimo że mógł domagać się znacznie większych pieniędzy. Robił to po zdobyciu czwartego mistrzostwa NBA, kiedy miał 31 lat, ponownie przed okresem kolejnych sukcesów Spurs w połowie poprzedniej dekady, a także później, gdy klub próbował pozyskać LaMarcusa Aldridge’a na rynku wolnych agentów.

Ograniczenie własnych zarobków dawało władzom klubu większe możliwości wzmacniania drużyny.

Nieprzypadkowo właśnie Duncan przez ostatnie trzy lata często pojawiał się w otoczeniu Wembanyamy i młodych zawodników Spurs. Trudno wykluczyć, że rozmowy dotyczące budowania mistrzowskiego zespołu przy ograniczeniach finansowych były jednym z tematów ich spotkań. Czy Timmy szepnął słówko młodemy Francuzowi? Pewnie nigdy się nie dowiemy, aczkolwiek znając organizację Spurs jestem niemal pewien, że tacy ludzie jak Duncan czy Popovich wciąż mają tam wiele do powiedzenia a kierownictwo klubu daje im zielone światło na dzielenie się swoją wiedzą i przede wszystkim doświadczeniem z młodym narybkiem.

https://www.flickr.com/photos/geoliv/3299458354

Brunson pokazał, że takie ryzyko może się opłacić

San Antonio nie jest jedynym klubem, którego lider zdecydował się na finansowe ustępstwo.

Dwa lata wcześniej podobny krok wykonał Jalen Brunson. Choć często mówi się, że rezygnacja z pełnego kontraktu kosztowała go aż 113 milionów dolarów, rzeczywista skala ustępstwa wygląda inaczej. Z uwagi na konstrukcję jego umowy i możliwość dalszych zarobków w kolejnych sezonach faktyczna różnica ma wynosić około 37 milionów dolarów rozłożonych na trzy lata.

To wciąż ogromna suma.

No i sami przyznacie, że efekt okazał się spektakularny. Już w pierwszym sezonie obowiązywania nowej umowy Knicks zdobyli mistrzowski tytuł. Konstrukcja kontraktu Brunsona pozwoliła klubowi stworzyć skład, który był w stanie sięgnąć po najważniejsze trofeum.

To właśnie dlatego coraz więcej osób zaczyna postrzegać podobne decyzje nie jako stratę pieniędzy, lecz inwestycję w sukces sportowy.

Oklahoma City Thunder również wybrała tę drogę

Podobną strategię obrała także Oklahoma City Thunder. Dokładniej dwóch zawodników OKC. Latem klub podpisał nowe umowy z dwoma zawodnikami wybranymi w drafcie 2022 roku.

Chet Holmgren zaakceptował identyczne rozwiązanie jak Wembanyama, zgadzając się na maksymalny kontrakt wynoszący 25 procent salary cap. Ciekawe, że w momencie kiedy Holmgren zachował się dokładnie tak samo jak teraz Wemby nikt o tym nie mówił. Mówił? No powiedzcie, że media o tym trąbiły na lewo i prawo. Trąbiły? Nie przypominam sobie…

Jeszcze ciekawiej wyglądała sytuacja Jalena Williamsa.

Jego kontrakt zawierał specjalne zapisy dotyczące wysokości wynagrodzenia. Pełne 30 procent limitu płac otrzymałby wyłącznie w przypadku wyboru do pierwszej piątki All-NBA lub zdobycia nagrody MVP bądź Defensive Player of the Year. Wybór do drugiej drużyny All-NBA oznaczałby wynagrodzenie na poziomie 27 procent, a do trzeciej – 26 procent.

Ostatecznie zapisy te nie weszły jednak w życie. Williams opuścił znaczną część sezonu i nie kwalifikował się do żadnego z wyróżnień.

Inaczej wyglądała sytuacja Holmgrena. Znalazł się w gronie zawodników All-NBA i mógł domagać się znacznie wyższego kontraktu. Nie zdecydował się jednak wykorzystać tej możliwości.

Dzięki temu zarówno Holmgren, jak i Williams podpisali umowy na poziomie 25 procent salary cap, podczas gdy największa gwiazda Thunder – Shai Gilgeous-Alexander – otrzymała kontrakt supermax gwarantujący 35 procent limitu płac aż do końca obecnej dekady. Wyobraźcie sobie co by było gdyby ten chytrusek SGA wziął np. 30% salary cap…

Coraz więcej przykładów pokazuje więc, że w NBA rodzi się nowy model budowania potęg. Część graczy bierze mniej, pozostali mogą zostać, a klub zyskuje finansową swobodę potrzebną do walki o mistrzostwo. Nie wszyscy jednak uważają, że jest to zdrowy kierunek dla całej ligi.

Nie wszyscy są zachwyceni. „To niebezpieczny precedens”

Choć decyzja Victora Wembanyamy została przez wielu odebrana jako dowód dojrzałości i myślenia o sukcesie całej organizacji, nie brakuje głosów, że podobne ruchy mogą w przyszłości przynieść zawodnikom więcej szkody niż pożytku.

Jednym z najgłośniejszych krytyków takiego podejścia okazał się analityk ESPN Vincent Goodwill. W programie First Take nie ukrywał, że nie podoba mu się kierunek, w którym zaczyna zmierzać NBA.

Jego zdaniem publiczne chwalenie koszykarzy za pozostawianie pieniędzy na stole może stworzyć bardzo niebezpieczny precedens. Według Goodwilla łatwo zachwycać się finansowym poświęceniem gwiazd, ale w praktyce mało kto sam zdecydowałby się dobrowolnie zrezygnować z milionów dolarów.

Analityk uważa, że kolejne porozumienia zbiorowe między ligą a związkiem zawodników coraz mocniej sprzyjają właścicielom klubów. W jego opinii sytuacja zaczyna prowadzić do momentu, w którym presja na ograniczanie własnych zarobków będzie spadała przede wszystkim na samych koszykarzy. Z drugiej strony to przecież indywidualna decyzja każdego z zawodników, po co drążyć?

Czy jedna decyzja wpłynie na całą ligę?

Goodwill zwrócił uwagę, że przykład Wembanyamy może mieć konsekwencje znacznie wykraczające poza San Antonio Spurs. Według niego problem nie dotyczy wyłącznie jednego zawodnika ani jednego kontraktu. Spurs mają w składzie kilku młodych koszykarzy, którzy w przyszłości również mogą liczyć na maksymalne umowy. Wśród nich wymienił Stephona Castle’a oraz Dylana Harpera.

Jeżeli największa gwiazda zespołu zaakceptowała niższe wynagrodzenie, pojawia się pytanie, czy podobnej decyzji nie będą oczekiwali także od kolejnych liderów drużyny. To właśnie taki mechanizm budzi największe obawy Goodwilla. Jego zdaniem Wembanyama znajduje się w wyjątkowej sytuacji finansowej. Nawet jeśli zrezygnuje z części pieniędzy zapisanych w kontrakcie, może odrobić znaczną część tej różnicy dzięki lukratywnym umowom reklamowym, między innymi z Nike. Nie każdy młody zawodnik ma jednak podobne możliwości. W opinii analityka nie można zakładać, że każdy przyszły lider NBA będzie dysponował takim samym potencjałem marketingowym.

Sukces sportowy czy presja finansowa?

Goodwill przekonuje, że właśnie tutaj pojawia się największy problem. Jeżeli Wembanyama może pozwolić sobie na finansowe ustępstwo, bo część utraconych pieniędzy odzyska poza boiskiem, nie oznacza to, że identyczną decyzję bez konsekwencji będą mogli podjąć Stephon Castle czy Dylan Harper. Zdaniem dziennikarza taki sposób myślenia może stopniowo prowadzić do sytuacji, w której młodzi zawodnicy będą od początku kariery słyszeli, że dla dobra zespołu powinni rezygnować z części należnych im pieniędzy.

W efekcie dobrowolne ustępstwo może z czasem zamienić się w nieformalny obowiązek.

Ja jestem w opozycji do pana Goodwilla – w tej chwili gracze stają się gotowymi produktami (maszynkami) do zarabiania pięniędzy już na etapie collegu – wszędzie słyszą, że powinni brać jak najwięcej bo to wyraz szacunku, ble ble ble. Jak wspomniałem wcześniej – niech każdy decyduje o swoim losie, czy gracz weźmie maksa czy zejdzie z wynagrodzenia – mi to jakoś specjalnie nie robi różnicy i nie jest to przecież główne kryterium, przez które oceniam danego zawodnika.

„Nikt nie kupuje koszulki z napisem oszczędności”

Goodwill zakwestionował również argument, że kibice najbardziej cenią kluby zachowujące elastyczność finansową. Według niego sympatycy NBA przychodzą na mecze dla wielkich zawodników i wielkich emocji, a nie dla arkuszy kalkulacyjnych. W bardzo dosadny sposób podsumował ten argument, mówiąc, że jeszcze nigdy nie widział kibica kupującego koszulkę z napisem „Zaoszczędziliśmy pieniądze” albo „Salary cap i elastyczność finansowa”.

To właśnie gwiazdy mają być największą wartością ligi.

Nie mechanizmy finansowe.

Nie zapisy w kontraktach.

Nie ograniczenia budżetowe.

Z drugiej strony kolejny argument ode mnie – kto dostał tytuł Executive of the year za zeszły sezon? Brad Stevens. Pamiętacie za co? No właśnie, za to, że zaoszczędził swoimi ruchami ponad dwieście milionów zielonych dla zielonych z Bostonu.

Czy zawodnicy wykonują pracę działaczy?

Najmocniejsze słowa padły jednak pod koniec jego wypowiedzi. Goodwill zadał pytanie, dlaczego od zawodników oczekuje się poświęceń finansowych, skoro bardzo rzadko podobne wymagania stawiane są właścicielom klubów. Według niego koszykarze coraz częściej zmuszani są do myślenia nie tylko o własnej grze, ale również o długoterminowej strategii organizacji. Muszą analizować strukturę wynagrodzeń, przyszłe przedłużenia kontraktów, planowanie budżetu oraz możliwości budowy składu. W praktyce zaczynają wykonywać część obowiązków, które normalnie należą do zarządów klubów.

Goodwill stwierdził nawet, że jeśli zawodnicy mają jednocześnie pełnić rolę graczy i menedżerów, to powinni otrzymywać wynagrodzenie za wykonywanie obu tych funkcji.

I ten argument do mnie trafia – właściciele klubów NBA to ludzie strasznie napchani kasą więc co to obchodzi zawodników, że jeden z drugim miliarder będzie musiał wyjąć z konta parę milionów więcej?

Sportowo Spurs tylko zyskują

Z drugiej strony trudno nie zauważyć korzyści płynących z decyzji Wembanyamy.

San Antonio zakończyło sezon z bilansem 62 zwycięstw i 20 porażek, awansowało do finałów NBA i konsekwentnie buduje drużynę wokół francuskiego lidera. Obok niego filarami projektu mają być również Stephon Castle oraz debiutant Dylan Harper. Pozostawienie dodatkowej przestrzeni w budżecie zwiększa możliwości dalszego wzmacniania zespołu i utrzymania najważniejszych zawodników. To właśnie dlatego wiele osób uważa, że kilka procent mniej w kontrakcie może w przyszłości przełożyć się na znacznie większe szanse w walce o mistrzowski tytuł.

Ja pokuszę się o następującą tezę – gdyby Spurs wzięli tytuł w tym roku Wemby chciałby supermaxa. Francuz był jednak w finale i go przegrał, na własne oczy zobaczył ile mu zabrakło do tytułu i chyba uznał, że takie ustępstwo wobec klubu zwiększy jego szanse w przyszłym sezonie. Pragnienie zdobycia tytułu jest tak mocne w tym gościu, że gdyby ktoś mu zagwarantował tytuł i powiedział, że ma grać za darmo to on by to zrobił.

Lakers także korzystają z podobnego rozwiązania

San Antonio nie jest jedynym klubem, który otrzymał pomoc od jednego ze swoich kluczowych zawodników. Podobna sytuacja miała miejsce w Los Angeles Lakers. Austin Reaves zgodził się zmodyfikować warunki wcześniej uzgodnionego przedłużenia kontraktu. Według informacji przekazanych przez ESPN koszykarz zrezygnował z około pięciu milionów dolarów. Cel był bardzo podobny do tego, który przyświecał Spurs. Lakers chcieli zachować jak największą elastyczność finansową na kolejne lata i móc dalej przebudowywać skład.

Zupełnie nowe Lakers

Ostatnie miesiące przyniosły w Los Angeles prawdziwą rewolucję kadrową.

Austin Reaves podpisał nową umowę.

LeBron James pożegnał się z klubem i zdecydował się kontynuować karierę jako wolny zawodnik.

Lakers przeprowadzili kosztowną wymianę, w wyniku której do zespołu trafił środkowy Walker Kessler.

W wolnej agenturze do drużyny dołączyli Quentin Grimes, Sandro Mamukelashvili, Collin Sexton, Ziaire Williams oraz Kevon Looney.

Podczas draftu wybrano Camerona Carra, a Deandre Ayton został oddany do Washington Wizards w zamian za Jadena Hardy’ego oraz dwa wybory w drugiej rundzie przyszłych draftów.

Jednocześnie utrzymują się informacje o próbach pozyskania Jonathana Kumingi.

Wszystkie te ruchy prowadzą do jednego celu — stworzenia możliwie najlepszego otoczenia dla Luki Dončicia.

Sam Reaves przyznał, że doskonale zdaje sobie sprawę, iż w nowym zespole jego rola może wyglądać inaczej niż wcześniej. Zapewnił jednak, że będzie wykonywał wszystkie zadania oczekiwane przez sztab szkoleniowy i z optymizmem patrzy na nowych kolegów oraz rozpoczęcie wspólnej pracy.

Coraz wyraźniej widać więc, że w NBA powstaje nowy model budowania drużyn. Niektóre gwiazdy godzą się na mniejsze zarobki, aby kluby mogły otoczyć je silniejszym składem. Pytanie brzmi, czy podobna strategia stanie się ligowym standardem, czy pozostanie rozwiązaniem stosowanym jedynie przez nielicznych.

Erik DrostCC BY 2.0, via Wikimedia Commons

Kevin Durant również wybrał projekt zamiast maksymalnych pieniędzy

Lista zawodników, którzy w ostatnim czasie zdecydowali się na finansowe ustępstwa, nie kończy się na Victorze Wembanyamie, Jalenie Brunsonie czy młodych gwiazdach Oklahoma City Thunder. Do tego grona dołączył także Kevin Durant.

Doświadczony skrzydłowy, który od lat należy do największych postaci NBA, w zeszłym sezonie podpisał przedłużenie kontraktu z Houston Rockets. W momencie podpisu umowa obejmowała dwa sezony i opiewała na 90 milionów dolarów. W jej zapisach znalazła się również opcja zawodnika na sezon 2027/28.

Na pierwszy rzut oka kwota robi ogromne wrażenie. W przypadku jednego z najlepszych strzelców w historii ligi trudno mówić o małym kontrakcie. Problem w tym, że Durant mógł zarobić jeszcze więcej.

Koszykarz miał możliwość podpisania maksymalnego przedłużenia wartego około 120–122 miliony dolarów za dwa lata. Ostatecznie wybrał jednak niższą kwotę, rezygnując z około 30 milionów dolarów.

Powód?

Podobnie jak w przypadku innych gwiazd — chęć pozostawienia klubowi większej swobody w budowaniu drużyny.

NBA zmienia sposób myślenia o budowaniu mistrzowskich drużyn

Historie Wembanyamy, Brunsona, Holmgrena, Williamsa, Reavesa i Duranta pokazują pewną wyraźną tendencję. Współczesna NBA coraz częściej wymaga od klubów kreatywności w zarządzaniu finansami. Era, w której każda gwiazda automatycznie walczyła o maksymalny możliwy kontrakt, zaczyna być uzupełniana przez inny model. Niektórzy zawodnicy dochodzą do wniosku, że kilka milionów dolarów mniej może oznaczać większą szansę na zdobycie mistrzostwa. Dla największych gwiazd NBA sukces sportowy często ma wartość równie dużą jak rekordowe zarobki.

Victor Wembanyama chce zdobywać trofea, których brakuje mu w kolekcji.

Jalen Brunson pokazał, że ustępstwo może zakończyć się mistrzostwem.

Chet Holmgren i Jalen Williams udowodnili, że młodzi zawodnicy również mogą patrzeć na dobro całej organizacji.

Kevin Durant zdecydował się zabezpieczyć przyszłość projektu w Houston.

Austin Reaves pomógł Lakers zachować większe możliwości działania.

Draymond Green czy James Harden też ostatnio deklarowali, że są w stanie wziąć mniejsze pieniądze tylko po to aby dołączył do nich pewien 42 latek.

Czy to początek nowej ery?

Pozostaje jednak pytanie, czy jest to zdrowy kierunek dla całej ligi.

Z jednej strony takie decyzje mogą tworzyć silniejsze zespoły i zwiększać szanse na bardziej wyrównaną rywalizację.

Z drugiej strony pojawia się obawa, że dobrowolne poświęcenia największych gwiazd mogą w przyszłości stać się oczekiwanym standardem wobec kolejnych zawodników.

Krytycy zwracają uwagę, że nie każdy koszykarz znajduje się w sytuacji Wembanyamy czy Duranta. Nie każdy posiada ogromne kontrakty reklamowe, status globalnej gwiazdy i możliwość odzyskania części pieniędzy poza parkietem. Dlatego granica pomiędzy świadomym wyborem a presją może być bardzo cienka. Jedno jest jednak pewne — w NBA rozpoczęła się nowa dyskusja o tym, jak powinno wyglądać budowanie mistrzowskich drużyn.

Czy największe gwiazdy powinny zawsze walczyć o każdy możliwy dolar?

Czy może czasem warto zostawić część pieniędzy, aby stworzyć zespół zdolny sięgnąć po najważniejsze trofeum?

Przyszłość pokaże, czy decyzja Wembanyamy stanie się początkiem nowego trendu w najlepszej koszykarskiej lidze świata.

Jeśli chcesz poznać więcej treści od tego autora kliknij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *