Czterdzieści minut dominacji i jeden wielki debiut. Dziki Warszawa zdemolowały faworyta w Sopocie

To miał być hit kolejki, a skończyło się koszykarskim nokautem. Dziki Warszawa rozegrały w Sopocie jeden z najlepszych meczów w swojej historii, rozbijając faworyzowaną Energę Trefl Sopot aż 104:64. Popisowy występ stołecznego zespołu, wielki debiut Darnella Edge’a i powrót Landriusa Hortona sprawiły, że to spotkanie w Trójmieście wszyscy będą chcieli jak najszybciej wymazać z pamięci.

Energa Trefl Sopot prowadziła w tym meczu tylko raz — 1:0 — i trwało to… zaledwie pięć sekund. Chwilę później Dziki Warszawa przejęły pełną kontrolę nad wydarzeniami na parkiecie i nie oddały jej już ani na moment. Po sześciu minutach było 16:3, a gospodarze zostali w blokach startowych.

Dziki Warszawa przyjechały do Sopotu z nowym rozgrywającym. Na początku tygodnia Dontay’a Caruthersa zastąpił Darnell Edge — zawodnik znany kibicom z występów w Polpharmie Starogard Gdański, a także z rywalizacji w Lidze Letniej NBA w barwach Utah Jazz. Jego debiut przeszedł najśmielsze oczekiwania: 26 punktów, 5 asyst, 4 przechwyty, a w pierwszej — kluczowej — połowie perfekcyjne 5/5 zza łuku. Już do przerwy miał na koncie 22 punkty i był absolutnie nie do zatrzymania.

Stołeczny zespół narzucił zabójcze tempo. Po akcjach Krzysztofa Kempy, Rivaldo Soaresa, Landriusa Hortona i Edge’a przewaga szybko urosła do 11 punktów, a po kolejnych trafieniach nowego lidera — do 15. Po trójce Tahlika Chaveza po 10 minutach tablica wyników pokazywała 25:8.rzutów z gry było to zadanie praktycznie niemożliwe. Mindaugas Kacinas trafił zaledwie 1 z 11 rzutów z pola, Paul Scruggs 1 z 7.

Fot. 058sport.pl / Materiały prasowe Energii Trefla Sopot

Druga kwarta nie przyniosła przełomu dla sopocian. Jakub Schenk próbował poderwać zespół, ale Dziki konsekwentnie trzymały swój rytm. Kolejne trójki Edge’a i Hortona sprawiły, że przewaga sięgała 19 punktów, a pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 52:32 — niemal dokładnie tyloma punktami, ile wynosiła przewaga gości.

Po przerwie było już tylko gorzej dla gospodarzy. Zespół trenera Marco Legovicha rozpoczął trzecią kwartę od serii 0:7, a po kolejnej akcji Krzysztofa Kempy różnica wzrosła aż do 27 punktów.

Swoje akcje dokładali Łukasz Frąckiewicz i świetnie dysponowany Rivaldo Soares, który zakończył mecz z dorobkiem 19 punktów i 12 zbiórek. Po 30 minutach było 74:50, a losy spotkania były już przesądzone.

Czwarta kwarta miała charakter egzekucji. Po trójce Grzegorza Kamińskiego przewaga gości urosła do 40 punktów, a Dziki Warszawa do samego końca kontrolowały przebieg wydarzeń. Ostatecznie spotkanie zakończyło się wynikiem 104:64 — najwyższą porażką zespołu Mikko Larkasa w tym sezonie, pierwszą przegraną Energi Trefla Sopot w hali 100 – lecia w rozgrywkach oraz najwyższą domową klęską klubu liczoną od sezonu 2009/10.

Oprócz Edge’a znakomicie zaprezentował się Landrius Horton, najlepszy strzelec całych rozgrywek, który w meczu powrotu do gry zanotował 17 punktów, 6 zbiórek i 4 asysty. Cały zespół Dzików imponował także z linii rzutów wolnych — 25/27 (92 proc. ). Dla gospodarzy jedynym jasnym punktem był Jakub Schenk z 18 punktami i 3 asystami.

To zwycięstwo sprawiło, że Dziki Warszawa zrównały się bilansem z Energą Treflem Sopot (11–7). Stołeczny zespół wygrał cztery z ostatnich pięciu spotkań i coraz śmielej pnie się w górę tabeli Orlen Basket Ligi. Dzisiejszy występ jasno pokazał: Dziki Warszawa są groźne dla każdego.

Przed sopocianami nie ma jednak czasu na rozpamiętywanie porażki. Już w poniedziałek wylatują do Murcji, gdzie rozegrają arcyważny mecz w ramach FIBA Europe Cup. Po tak dotkliwej lekcji reakcja będzie konieczna.

Energa Trefl Sopot — Dziki Warszawa 64:104 (8:25, 24:27, 18:22, 14:30)

Energa Trefl: Schenk 18 , Addae-Wusu 11, Scruggs 6, Witliński 3, Kacinas 2 — Suurorg 9, Zapała 6, Nowicki 6 pkt + 5 zbiórek , Kiejzik 3.

Dziki: Edge 26 (5×3), Soares 19 (4×3, 12 zb.), Horton 17 (3×3), Kempa 9, Oguama 6 — Frąckiewicz 13 (8 zb.), Chavez 9, Kamiński 5, Grochowski 0.

Jeśli chcesz poznać więcej treści od tego autora kliknij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *