Kraj mało znany i w nazwie ma „demokratyczna”, choć z takimi rządami nie ma nic wspólnego. Kraj który ma diamenty i inne bogactwa, ale i tak jest biedny. Witamy w czarnej Afryce.
Trudna historia
Powiedzieć, że Demokratyczna Republika Konga miała przesrane to nic nie powiedzieć. Kraj doświadczył wielkiej tragedii pod koniec XIX wieku gdy został przekazany pod rządy króla belgijskiego Leopolda II. Tak, gość dostał swój własny kraj, w którym szybko zrobił krwawą jatkę. Obłowił się na kauczuku, który był zbierany w taki sposób, że jego żołnierze brali kobiety i dzieci z wioski jako zakładników i wysyłali facetów do dżungli. Gdy zbiór był w miarę udany to kończyło się jedynie na pobiciach i plądrowaniu. Jednak gdy faceci przynosili za mało wtedy kolonizatorzy ucinali ręce, zabijali i zamieniali się w zwierzęta. Ta praktyka była tak okrutna, że król(który swoją drogą do dziś w Belgii ma swoje pomniki) musiał się kraju pozbyć. Potem jednak też nie było dużo lepiej. Pierwsze lata demokracji z tym ustrojem nie miały nic wspólnego. Po zabiciu pierwszego prezydenta do władzy doszli wariaci i despoci. Do władzy doszedł Mobutu Sese Keko. Powiedzieć, że to idiota to dla idiotów obraza. Gość z kraju, który dosłownie tryska bogactwami naturalnymi zrobił coś co w momencie odsunięcia go od władzy wyglądało jak żywcem wyjęte z czasów przed człowiekiem co zszedł z drzewa. Od tego czasu kraj to naprzemienne wojny i dyktatury. Nie jest kolorowo.

Jak radzili sobie na mundialach?
Kraj raz awansował na mistrzostwa świata. Było to w 1974 i skończyło się narodową tragedią. Można zrozumieć brak bramek strzelonych, ale porażki 0:9 z Jugosławią, 0:3 z Brazylią i 0:2 ze Szkocją były tragedią. To było tak żenujące, że większość ekspertów zastanawiała się jaki jest sens, żeby takie ekipy pojawiały się na turnieju. Choć trzeba przyznać, że skazywani na pożarcie Zairczycy(tak wtedy nazywał się kraj) w pierwszym, przegranym tylko 0:2 meczu nie zrobili aż tak złego wrażenia. Po tym tragicznym występie piłkarscy Bogowie nie dopuścili do ponownego awansu Demokratycznej Republiki Konga na mundial. Jednak wszystko do czasu gdy pewien łysy gość, co chyba uważa się za większego od Boga postanowił rozszerzyć imprezę o nowe kraje.
Droga Kongijczyków na mundial
W ich kwalifikacje mało kto wierzył. Nie ma się co oszukiwać, potęgą nie są. W grupie eliminacyjnej trafili na dwa Sudany(ten zwykły i południowy), Togo, Mauretanię i Senegal. Miała być walka do końca, a było dużo lepiej. Dość szybko zapewnili sobie drugie miejsce w grupie, a prawdziwym sukcesem było to, że zabrakło im bardzo niewiele, żeby przeskoczyć faworyzowany Senegal. Prawdziwą sensacją było to co zrobili w drugiej rundzie. Trafili na potężnych rywali. Zarówno Kamerun jak i Nigeria wydawali się zbyt potężni. Kongijczycy zrobili ich jednak jak dzieci. To co było ciekawsze od samych eliminacji to sposób świętowania. Prezydent zamknął piłkarzy w kraju przez co nie mogli wrócić do klubów. Kazał im czekać parę dni do uroczystej imprezy z okazji awansu, a sprawą zainteresowały się nawet organizacje broniące praw człowieka. W każdym razie impreza się odbyła, a taki Steve Kapuadi z opóźnieniem wrócił do Widzewa.

Gwiazdy
Można się z Demokratycznej Republiki Konga śmiać, ale jednego nie można im odmówić. Jakieś tam gwiazdy posiadają, a są nimi:
Yoane Wissa- napastnik z Newcastle. Ten sezon jak cała drużyna mocno średni, ale po coś Anglicy go do siebie wzięli, bo co nieco potrafi. Transfermarkt wycenia go na 30 milionów euro.
Noah Sadiki- młody talent, który z Sunderlandem w tym sezonie premier league poszalał i zakwalifikował się do europejskich pucharów. Dość fajnie rozwijający się gracz. Wycena również nie jest niczego sobie, ponieważ 30 milionów euro to spora sumka.
Aaron Wan-Bissaka- ten to miał zwojować Manchester United, ale niestety się nie udało. Nigdy nie przeskoczył pewnego poziomu, ale też poniżej niego nie zszedł. Aktualnie leci z West Hamem do Championship, jednak nie ma tego złego, bo albo skusi się na niego jakiś klub premier league albo szybko wróci. Miejsce „młotów” jest na najwyższym poziomie rozgrywkowym.

Polskie ślady
Polskich śladów u naszych sympatycznych kongijczyków za dużo nie ma. Jednak aktualnie naszym łącznikiem z sercem Afryki jest znany i niekoniecznie w Warszawie lubiany Steve Kapuadi. Gość wyrobił sobie u nas opinie naprawdę solidnego ligowca. Popełnił jednak jedną zbrodnię przeciwko Legii. Mianowicie przeszedł z niej bezpośrednio do Widzewa. Co na to sam bohater? Pewnie ma to w poważaniu, ponieważ Łódzka przepalarka do pieniędzy dała mu tyle kasy, że łzy za stratą Warszawy przeciera plikami banknotów.
Jak poradzą sobie na mundialu?
Jeden rabin powie nie poradzą sobie, a inny rabin również powie, że sobie nie poradzą. Grupa trafiła im się unijna. Zarówno Portugalia jak i Kolumbia wydają się nie do ogrania. Minimalne szanse można upatrywać w meczu z Uzbekistanem, jednak Ci tylko brzmią tak niewinnie. W rzeczywistości jest to dość silna kadra, bardzo poukładana taktycznie. Więc czy Demokratyczna Republika Konga może liczyć na coś innego niż scenariusz „polski”(mecz otwarcia, mecz o wszystko, mecz o honor)? Raczej nie, ale nie takie historie piłka już widziała. Kiedyś jedna reprezentacja postanowiła pojechać na mundial, nie grać nic, w meczu z Argentyną prosić o jak najniższy wymiar kary i nawet wyszła z grupy. Prawda Panie Czesławie? Może i Kongijczycy zadzwonią do Pana Michniewicza po parę instrukcji.

Dodaj komentarz