76ers – mistrzowie w dawaniu nadziei

Philadelphia od dawna funkcjonuje w trybie emocjonalnego rollercoastera. Trwa tam wciąż słynny „The Process” – projekt, który miał przynieść mistrzostwo, a zamiast tego wyprodukował serię rozczarowań, dramatycznych serii play – off i coraz bardziej zmęczonego Joela Embiida.

Walka o utrzymanie na powierzchni

Sezon 2025 – 26 miał być kolejną próbą reanimacji marzeń. Joel Embiid, wciąż centralna postać całego projektu, Tyrese Maxey wchodzący w swój prime, Paul George sprowadzony na kontrakcie tak dużym, że Excel na klubowym komputerze poprosił o urlop… Do tego młodzi jak VJ Edgecombe czy Jared McCain, którzy mieli dodać świeżej energii. I faktycznie – czasem to działa aż za dobrze. Wygrana 139 – 122 z Milwaukee była jednym z tych wieczorów, kiedy Sixers przypominają drużynę, która w playoffach może wyciągnąć komuś dywan spod nóg. Embiid dominował, George trafiał wszystko co było do trafienia, Maxey biegał po parkiecie jak ten króliczek z reklamy Duracell’a. Trio z Philly zdobyło łącznie 83 punkty i wyglądało jakby miało chrapkę na finał konferencji.

Problem w tym, że dwa dni wcześniej Charlotte zrobiło z Filadelfią trening strzelecki. Hornets prowadzili pięćdziesięcioma punktami, Maxey zagrał jeden z najgorszych meczów sezonu, nic nie wychodziło. To był ten typ porażki, po którym sztab szkoleniowy nie analizuje taśmy, tylko wyrzuca ją do kosza. To były te momenty, kiedy wszyscy przypominają sobie, że Sixers od lat są mistrzami w dawaniu nadziei… i w jej natychmiastowym odbieraniu.

Ten, od którego wszystko się zaczęło

W centrum całej historii stoi oczywiście Embiid – człowiek, który jest jednocześnie powodem, dla którego ten projekt wciąż żyje, i powodem, dla którego nikt w Filadelfii nie śpi spokojnie w kwietniu. Początek sezonu wyglądał tak, jakby ktoś zaciągnął mu ręczny hamulec: limity minut, więcej zasłon niż post-upów, niemal pięć trójek na mecz i statystyki, które nie pasowały do byłego MVP. No ale mówimy zawodniku, który jeszcze kilka miesięcy temu nie mógł nawet truchtać.

Styczeń zmienił ton rozmowy. Embiid gra ponad 34 minuty, notuje blisko 30 punktów, znów żyje na linii rzutów wolnych i – co może ważniejsze – wygląda fizycznie lepiej. Wsady, alley-oopy, agresja w pomalowanym. Przeciw Knicks zdobył 28 punktów w pierwszej połowie. W Houston zagrał 46 minut, kończąc wieczór z triple – double. Z Bucks w pierwszej kwarcie miał 18 punktów i sześć ofensywnych zbiórek, jakby chciał przypomnieć wszystkim, że gdy jest zdrowy, wciąż jest jednym z najlepszych koszykarzy na świecie. To ta sama kategoria co Kawhi – jeśli akurat mają zdrowe kolana to są zawodnikami na top 15 NBA. Musze jednak przyznać, że nie wierzyłem w zdrowie Joela – a na pewno nie w to, że będzie biegał jak łania i kończył alley-oopy od Maxeya.

To właśnie zdrowie pozostaje słowem – kluczem. Nawet Doc Rivers, który dziś próbuje ratować sezon Milwaukee, a w Filadelfii zostawił po sobie głównie frustrację, mówi o Embiidzie z wielkim szacunkiem. „Najbardziej utalentowany zawodnik, jakiego trenowałem” – przyznał, dodając niemal odruchowo, że nigdy nie miał go w playoffach w pełni zdrowego. To zdanie streszcza całą epokę Sixers. Talent był zawsze. Ciągłość – nigdy.

Kosztowny zakład Philadelphii

Paul George to osobny rozdział tej opowieści. W najlepsze wieczory wygląda jak wehikuł czasu do 2015 roku: dziewięć trójek z Bucks, 32 punkty, pewność siebie, obrona na skrzydle, która sprawia, że trenerzy rywali zaczynają zgłaszać błąd w Matrixie. Niestety jest bardzo nieregularny a statystyki są brutalne – gdy PG13 dostarcza powyżej 20 punktów to Philly z reguły wygrywa, gdy trafi mu się słabszy mecz – zaczynają się kłopoty.

Optymistycznie spojrzenie w przyszłość

Nick Nurse, próbując znaleźć stabilność, coraz częściej eksperymentuje z rotacjami – gra mniejszymi składami, przesuwa Justina Edwardsa na pozycję silnego skrzydłowego, szuka dodatkowego spacingu. To wszystko wygląda jak praca trenera, który wie, że potencjał jest ogromny, ale wszystko wisi na zdrowiu jego dwóch gwiazd.

Najciekawsze jest jednak to, jak wielką rolę zaczynają odgrywać młodsi gracze. VJ Edgecombe, debiutant, który przypomina mały reaktor atomowy, potrafi wbiec na parkiet i w kilka minut odmienić tempo meczu. Jared McCain, przez miesiące walczący z kontuzjami i brakiem minut, wreszcie złapał rytm przeciwko Milwaukee – 17 punktów, pięć trójek, dobranoc. To był jeden z tych momentów, kiedy widać, jak bardzo Sixers potrzebują takich historii – gości z drugiego planu, którzy nagle robią różnicę.

Nadzieja wciąż się tli

Sixers statystycznie są solidni – bilans 25 – 21, szóste miejsce na Wschodzie, ofensywa w górnej połowie ligi. Ale „solidni” to słowo, które w Filadelfii brzmi jak obelga. Ta organizacja nie tankowała przez lata po to, by być solidna.

Dlatego każdy mecz Embiida jest teraz testem wiary. Każda seria George’a z dystansu jest pretekstem do snucia marzeń. Każdy udany występ McCaina czy Edgecombe’a rodzi pytanie, czy właśnie tak powinna wyglądać rotacja wiosną. A każdy występ jak w Charlotte przypomina, jak krucha jest ta konstrukcja.

I chyba właśnie to jest najbardziej „filadelfijskie” w tych Sixers. Oni nie są nudni. Są męczący. Są zarazem ekscytujący i frustrujący. Są drużyną, która potrafi w jeden tydzień zagrać koszykówkę jak contender żeby za kilka dni dostać w papę od Charlotte.

Bo dopóki Embiid wygląda jak Embiid, dopóki George zamienia się w wersję all – NBA, a Maxey pędzi jakby miał turbo, Philadelphia wciąż ma powód, by marzyć. Ostrożnie. Z dystansem. Z jednym okiem skierowanym na raporty medyczne.

W Filadelfii, jak zwykle, nikt nie wstrzymuje oddechu. Oni oddychają nerwowo, czekając na następny mecz, następny wsad Embiida, następną serię George’a – i następny powód, by znów uwierzyć.

Jeśli chcesz poznać więcej treści od tego autora kliknij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *