298 dni później. Jayson Tatum wrócił, a Celtics znów mogą marzyć

Jestem kibicem Los Angeles Lakers odkąd pamiętam. Siłą rzeczy nie przepadam za Bostonem. Nie przepadam też za Jasonem Tatumem – jest dla mnie trochę jak zaprogramowany robot – skille na najwyższym poziomie. I tyle. Mało wyrazisty, wręcz nudny. No nic nie poradzę. Są gracze, których się kocha, są tacy, których się nie lubi i są tacy, którzy są obojętni – powiedzmy, że JT umieściłbym w tej ostatniej kategorii. Ale jeśli zawodowy sportowiec wraca po 10 miesiącach rehabilitacji, po paskudnej kontuzji to moje wcześniejsze sympatie czy antypatie nie maja większego znaczenia. Kurczę – ależ mi się serce radowało oglądając wczoraj Jasona na parkiecie. Świetnie, że wrócił i może się znowu cieszyć grą. Chyba nigdy wcześniej nie kibicowałem żadnemu zawodnikowi Celtów – do wczoraj. Wczoraj chciałem żeby Tatum grał jak najdłużej i trafiał jak najwięcej…

Jego powrót wyglądał trochę jak scena z filmu – światła przygasły, spiker wykrzyczał jego nazwisko, tłum powitał go owacją na stojąco. Tatum wbiegł na parkiet wyraźnie wzruszony po dokładnie 298 dniach przerwy. I spudłował pierwsze sześć rzutów. Drugi rzut i zaliczony airball – mimo to kibice w TD Garden nie skwitowali rzutu westchnieniem tylko oklaskami dając wsparcie swojemu zawodnikowi. Wynik chyba pozostawał sprawą drugorzędną – liczyło się to, że JT wrócił a jego powrót daje nadzieję na powalczenie o coś w play – offach.

Dziesięć miesięcy wcześniej wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Madison Square Garden, play-offy NBA, Celtics w środku wielkiej walki o finał konferencji. Tatum w walce o piłkę, która chwilę wcześniej wypadła z rąk Browna upada i łapie się za nogę. Gdy OG Anunoby kończy kontraatak wsadem wszyscy już wiedzą co się stało. Diagnoza była brutalna: zerwane ścięgno Achillesa. Dla koszykarza to jedno z najbardziej niebezpiecznych zdań, jakie może usłyszeć.

Każdy kto śledzi NBA pomyślał wtedy to samo – to koniec. Marzeń o dynastii, walki o kolejny tytuł. Boston zjechał na pobocze z awarią silnika i nikt nie umiał powiedzieć kiedy znowu ruszy do walki o najwyższe cele w lidze. Tatum wspominał później tamten moment bardzo szczerze: „Na początku play-offów czuliśmy, że mamy przed sobą trzy, cztery, może pięć lat walki o mistrzostwa. A potem wszystko zmieniło się w jednej chwili”– mówił.

Dla zawodowego sportowca taka kontuzja to nie tylko ból, operacja i rehabilitacja. Najgorsze jest czekanie. Rehabilitacja po zerwaniu Achillesa jest długim, monotonnym procesem. W pierwszych miesiącach nie ma spektakularnych treningów ani efektownych powrotów na parkiet. Jest monotonne powtarzanie najprostszych ruchów. Setki powtórzeń. A świat wokół Ciebie się nie zatrzymuje. Drużyna gra dalej, sezon trwa, kibice przychodzą na mecze oglądać Twoich kolegów. A Ty siedzisz z boku i nie możesz grać. Klay Thompson, który sam przeszedł podobną drogę, opisywał to później w bardzo prosty sposób: Czujesz się jak więzień we własnym ciele– mówił.

Tatum przez wiele miesięcy oglądał Celtics z ławki albo z trybun. Kiedy drużyna trenowała, on często był w sali rehabilitacyjnej. A rehabiltacja to proces, w którym jesteś w zasadzie sam. Dlatego powrót na parkiet był dla niego czymś więcej niż tylko kolejnym meczem sezonu.

HameltionCC BY-SA 4.0, via Wikimedia Commons

Jednym z ciekawszych aspektów całej historii jest to, że Celtics… wcale się nie rozpadli. Wręcz przeciwnie. Zespół co prawda stracił kilku ważnych zawodników – między innymi Jrue Holidaya, Ala Horforda i Kristapsa Porzingisa – a mimo to nadal wygrywał mecze. Jaylen Brown gra sezon życia. Trener Joe Mazzulla poukładał rotację. Po 62 meczach Boston miał 41 zwycięstw i drugie miejsce w Konferencji Wschodniej. Nieźle jak na drużynę, która według wielu ekspertów miała tankować.

Wszyscy spodziewali się, że Tatum lekko zardzewiał. Powrót do gry nawet jeśli jesteś top10 zawodnikiem NBA po takiej przerwie i tak będzie trudny. Pierwsze minuty w wykonaniu Jasona były nieudane – pudłował strasznie. Choć trzeba przyznać, że nadrobił to kilkoma smakowitymi asystami. Jakby chciał pokazać, że nie zapomina o kumplach z zespołu. Pierwsze dwie kwarty jednak mogły troszkę przetraszyć kibiców Bostonu. A potem coś kliknęło. Pod koniec drugiej kwarty Tatum zdobył swoje pierwsze punkty efektownym wsadem. Widać, że dodało mu to pewności – mecz skończył z 15 punktami, 12 zbórkiami i 7 asystami. Zagrał porządne 27 minut.

Powrót Tatuma oznacza też jedno – powrót jednego z najlepszych duetów w NBA. Jason Tatum i Jaylen Brown. Razem tworzą układ, który w Bostonie często opisuje się jako „1 i 1A”. Nie lider i jego pomocnik. Dwóch liderów. Czołowe drużyny Wschodu zaczynają nerwowo spoglądać w tabelę. W Nowym Jorku, Detroit i w Cleveland pewnie też – sztaby szkoleniowe już zaczęły się zastanawiać jak ustawić zespół pod ewentualną serię z Bostonem.

Tatum sam przyznaje, że to dopiero początek: „Gra zaczęła zwalniać dopiero po kilku minutach” – mówił po meczu. – „Ale najważniejsze jest to, że znów jestem na parkiecie”.

Sport lubi historie o powrotach. Ale te najlepsze rzadko są idealne. Są w nich airballe. Nieudane wsady. I ciężkie nogi po dziesięciu miesiącach przerwy. Widzieliśmy to wszystko wczoraj w nocy. I dlatego powrót JT był taki emocjonujący, że nawet zatwardziały fan Lakers uronił łezkę wzruszenia.

Jeśli chcesz poznać więcej treści od tego autora kliknij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *